Gra w kolory

 

Nie lubię zimy. Z różnych powodów. Głównie dlatego, że nie lubię zimna. Nie lubię też zimy z racji jej bezbarwnej, białej monotonii.
Czekam zawsze na lato, na wakacje, na wyjazd na Węgry. Bo raz, że jest ciepło, a dwa, że lubię węgierskie kolory. One coś w sobie mają. Coś, czego nie ma w Polsce. I nawet nie chodzi o błękit wody w węgierskich basenach. Oczywiście są też żółtobrunatne, mętne wody basenów leczniczych, ale na nie jeszcze nie chodzę, chociaż tu i tam mnie czasem coś pobolewa. Patrzę na inne kolory, czasem te na rzeczach, których raczej z kolorami nie kojarzymy. Bo odbieramy te rzeczy zazwyczaj innymi zmysłami.
Pijemy coś i jemy czując smak. A ja obok smakowania patrzę też na te produkty i widzę ich kolory. Polską czerwoną lub żółtą słodką paprykę lubię tak sobie, już wolę tę czerwień palącej usta papryczki chili. Tymczasem na Węgrzech kupuję najczęściej pikantną, ale nie palącą cienką podłużną paprykę miłą dla podniebienia i dla oka w przepięknym jasnozielonym seledynie. Nie bladym, ale i nie kłującym w oczy. Bo ja się przyznam do czegoś. Ja lubię ZIELEŃ.
Ulubioną Traubisodę nalewam z ładnej zielonej butelki. Chociaż nie jest to już jak kilkanaście lat temu zieleń szmaragdowego szkła, ale taka bardziej zwykła plastikowa zieleń. Zwiedzając Węgry, przy drodze kupujemy zielone arbuzy. Lubię salami. Jeść i patrzeć na nie. Patrzę na tę niedookreśloną brązową brunatność skórki i jakąś ciemną odmianę czerwieni z białymi cętkami salamiego wnętrza.
A gdzie zieleń w salami? Jest, a jakże. Widać ją na salami. Te trójkolorowe paski węgierskiej flagi opasującej walcowaty kształt salami. I właśnie ta flaga sama w sobie budzi sympatię. Bo ma w sobie zieleń.
Zastanawiałem się że może my, w kraju nad Wisłą, umiemy patrzeć na codzienność tylko przez pryzmat dramatycznego kontrastu bieli i czerwieni. Coś między bielą poddania i czerwienią rewolucji. Tak, tak – weksykolodzy już grzmią, że nadinterpretuję i dorabiam domorosłą ideologię. Ale ja nie piszę pracy naukowej. Wolno mi.
Dlatego przyznam się, że ten trzeci – zielony – kolor węgierskiej flagi najbardziej lubię. Tej zieleni brakuje mi tu – w kraju. Zauważcie, że węgierskich flag jest nad Dunajem na co dzień tak jakby więcej, niż u nas polskich. Piszę na co dzień, bo oczywiście u nas wszystkim świętom (złośliwy może dodać „i Wszystkim Świętym”) też towarzyszy narodowa flaga ze swoją bielą i czerwienią. Jednak czy owijamy flagą krakowską suchą lub polędwicę sopocką? Mam wrażenie, że u nas narodowe kolory służą wyłącznie wzniosłym celom, tymczasem na Węgrzech po prostu są na co dzień. Nie tylko od święta.
Dlatego gdy widzę czerwień, biel i zieleń na salami lub gyulai kolbasz, to nabieram takiej symbolizowanej przez tę zieleń nadziei, że będzie dobrze. Czego wszystkim Węgrom życzę.

Andrássy út

Dzisiaj przeskoczymy przez Dunaj i rozejrzymy się po alei Andrássy’ego. Mam nadzieję, że będzie to zachęta do spaceru tą aleją przy najbliższej nadarzającej się okazji. Nadmienię, że Andrássy út wpisana jest na listę dziedzictwa światowego UNESCO.
Aleja Andrássy’ego łączy śródmieście Pesztu z placem Bohaterów, o którym innym razem.
Jak widać jest to szeroka aleja, która po obu stronach obsadzona jest okazałymi drzewami. Kolumna w perspektywie alei to fragment pomnika Tysiąclecia, stojącego na placu Bohaterów, po węgiersku: Hösök téren. Aby być dokładnym muszę napisać, że aleja nie jest na swym całym przebiegu tak szeroka i zielona.
Aleję wytyczono w drugiej połowie XIX wieku; orędownikiem jej utworzenia był premier węgierskiego rządu, później minister SZ Austro-Węgier Gyula Andrássy. Do zabudowy alei zostali zaangażowani najlepsi ówcześni węgierscy architekci, między innymi Miklós Ybl, który – jeśli dobrze poszperać w dziejach peszteńskiej architektury – jest pewnie autorem połowy śródmieścia (Belváros).
Większość zabudowy alei powstała w stylu eklektycznym, który swe przepiękne oblicze pokazuje nam już u początku alei.
Rustykalne boniowania, kunsztowne wsporniki balkonów, kolumny robią wrażenie i przyciągają wzrok, choć jak widać – głównie turysty.


Frontowe fasady wielkich kamienic pozwalają na swobodną pracę wyobraźni: jakże przestronne muszą być wnętrza mające tak imponujące balkony!

Na pierwszym odcinku alei (od alei Bajcsy-Zsilinskyego do placu Oktogon) natrafimy na szczytowe osiągnięcie w twórczości Miklósa Ybla – siedzibę Opery Narodowej. OperaházJuż ten niewielki fragment pokazuje urok tego gmachu: delikatne zdobienia gzymsów, ozdobne bariery, kolumny w elewacji frontowej. Rzeźby wieńczące balustradę drugiego piętra przedstawiają największych kompozytorów w dziejach opery. Druga od prawej strony (widać ją na zdjęciu) to wizerunek Stanisława Moniuszki. Na zdjęciu nie widać za to rzeźb muz, związanych z teatrem. Jedną z nich zasłania stylowa latarnia, umiejscowiona przed efektownym podjazdem do opery.Węgrzy nazywają ten gmach Operaház – Dom Opery. Już tylko ten podjazd mógłby, moim zdaniem, uzasadniać nazwę Opera palota – Pałac Opery.

Oddalając się aleją Andrássy’ego od Śródmieścia, około 200 metrów za operą napotkamy dwa zaciszne place po jej obu stronach: trochę zieleni, ławeczki i już dwa kroki w głąb tych placów spokojniej, można usiąść, podumać, poczytać.
Jókai MórPlac po lewej to Jókai Mór tér. Mór Jókai był wybitnym pisarzem, a przez długi czas swego życia – również posłem do parlamentu ck. monarchii.
Czy pod pomnikiem wielkiego pisarza wypada nie przeczytać choćby strony jakiejkolwiek książki?

Ady EndrePodobne pytanie można sobie postawić po drugiej stronie alei. Tam bowiem z cokołu do lektury zachęca Endre Ady, poeta przełomu XIX i XX wieku, któremu literatura węgierska zawdzięcza wiele, ale który dzisiaj, w dobie dość wyraźnie podnoszącego głowę węgierskiego nacjonalizmu, partii Jobbik i bojówek Magyar gárda, popularny pewnie nie jest.
Dla porządku podam, że plac ten nie nazywa się Ady Endre tér, a Liszt Ferenc tér. Zatem nie poeta, a muzyk i kompozytor jest tu gospodarzem. Ma to związek ze znajdującą się na drugim końcu placu Akademią Muzyczną jego imienia.

Z obu placów już tylko krok do Oktogonu czyli ośmiokątnego placu, znajdującego się na skrzyżowaniu alei Andrássy’ego z Wielkim Bulwarem, który na tym odcinku nazywa się Teréz körút. Na Oktogonie stoi charakterystyczny zegar.

Podobnie jak w innych krajach (Polsce) nazewnictwo ulic na Węgrzech zmieniało się wraz z historią. Ciekawych obserwacji w tym zakresie dostarcza lektura przewodników turystycznych sprzed kilkudziesięciu lat.
Aleja, której częścią przespacerowaliśmy się dzisiaj, pierwotnie nazywała się Sugár czyli Promień. Później nazwę zmieniono na odwołującą się do jej orędownika – Andrássy út, po drugiej wojnie światowej, a jakże – Sztálin út, a później – Népköztársaság út czyli Republiki Ludowej. W 1990 roku powróciła do obecnej nazwy.

Pierwowzór powyższego tekstu powstał kilka lat temu, jako część cyklu popularyzującego Budapeszt na innym, zupełnie nie tematycznym forum.

Kupka na basenie

Dzisiaj będzie o kupce. No, nie dosłownie. Nie o psiej, a tym bardziej ludzkiej, więc można ten tekst czytać przy jedzeniu. O co więc chodzi z tą kupką?

Podczas każdych węgierskich wakacji siedzimy sobie na basenach i chcąc nie chcąc dyskretnie patrzymy co robią inni, na przykład co robią gdy wstają z kocyków na trawie i chcą wejść do wody. Otóż robią kupki. Ech, znowu te skojarzenia. Robią KUPKI Z UBRAŃ.

No co w tym dziwnego. Dla Polaka jest dziwne, że Węgrzy robią te kupki z ubrań i toreb – zostawiają je i idą się kąpać na 15 minut, pół godziny, na godzinę. A ubrania i torby sobie leżą. Leżą przez nikogo nie pilnowane, ot tak po prostu leżą. Jaki jest naturalny odruch myślowy Polaka?

- A tego nikt nie ukradnie? – pomyśli. Przyznajcie się, że taka myśl przynajmniej raz przyszła Wam do głowy. Bo ja się przyznaję.

I tu chyba jest różnica w myśleniu polskim i węgierskim. W myśleniu, które u Polaka zakłada wersję ekstremalną. Zostawię. To ktoś może ukraść. Że nie ma tam nic cennego, ja to wiem, ale złodziej może nie wiedzieć. Więc na wszelki wypadek niech jedno z nas zostanie przy ciuchach, a reszta idzie się kąpać. Tymczasem Węgrzy po prostu idą wszyscy do wody.

Oczywiście nie chcę idealizować. Na Węgrzech też są „zsebtolvaje”, sam widziałem ich działanie w budapesztańskim autobusie. Na basenach też zapewne nikt nie zostawia pliku forintów na kocyku. Widać to chociażby po wodoszczelnych pojemniczkach noszonych na szyi.

Jednak mimo wszystko na Węgrzech widać większe wzajemne ZAUFANIE. Coś co w Polsce ograniczyło się do kręgu rodziny i przyjaciół, na Węgrzech zdaje się być realnie stosowane także wobec wcześniej nieznanych osób. Takie dwa przykłady z tegorocznych wakacji. Nocowaliśmy w dwóch różnych miastach, w dwóch różnych kwaterach. I tak się złożyło, że w obu wypadkach gospodarze nam po prostu zaufali. W pierwszym przypadku gdy wieczorem podczas burzy znaleźliśmy przypadkiem ich kwaterę (bez wcześniejszego kontaktu, bo pojechaliśmy „w ciemno”), zostawili nas w pełnym fajnych ludowych bibelotów domku, pozostawiając formalności na następny dzień. Podobnie w drugim miejscu, gdy przyjechaliśmy wieczorem, wprawdzie po zapowiedzi telefonicznej, ale bez podawania naszych jakiekolwiek danych, czekała na nas kwatera, bo gospodarze pojechali imprezować na jakieś wesele. Następnego dnia wpadli tylko zapytać, czy wszystko OK, a formalności i opłatę załatwiliśmy dopiero przy naszym wyjeździe. Mieszkający w tym samym domu Polacy też byli zdziwieni, że gospodarze tak ufają – jak by nie patrzeć – obcym.

Ktoś powie, że to nie tak, że w Polsce też zdarzają się takie przypadki, że nie można uogólniać. Na pewno zdarzają się, ale czy nie można uogólniać. A dlaczego nie? Dlaczego nie powiedzieć wprost, że generalnie na Węgrzech czuję się bezpieczniej. Nie tylko ja. Takie opinie już były na forum. Może po prostu Węgrzy bardziej niż my ufają sobie nawzajem. Może dużo mniej Węgrów ma przykre doświadczenia, bo z czego bierze się utrata zaufania, jak nie ze złych doświadczeń.

A wracając do kupki na basenie. Podczas tegorocznego wyjazdy my też zaczęliśmy zostawiać podręczne torby i ubrania na kocyku i chodziliśmy wszyscy się kąpać. Zabieraliśmy tylko dokumenty i pieniądze. Tak na wszelki wypadek.

 

 

W piwnicznej izbie

Nie piję alkoholu.
- No, cóż biedny człowiek. Nie wie ile traci – powie ktoś, albo przynajmniej pomyśli .
- Jaki tam biedny, nie są mi potrzebne sztuczne wspomagacze nastroju. Jestem naturalny, cieszę się świadomie i dobrze mi z tym – odpowiem albo przynajmniej pomyślę. Zawsze tak odpowiadałem. Szczerze odpowiadałem. Słowo harcerza.

 

Ale coś mnie męczy, że to nie tak, że czegoś zazdroszczę tym którzy piją. Nie wszystkim. Nie zazdroszczę wujkom, szwagrom i pociotkom na polskim weselu w lokalu „Pod brzozami” (mój ulubiony cytat: „Noooo, z nami się nie napijesz!!!”). Nie zazdroszczę sąsiadom podjeżdżającym pod okoliczny sklepik z kontenerkami pustych butelek i wymieniających te puste na pełne z „Lechem”, „Tyskim’, czy modnym ostatnio „Kasztelanem”. Powiem od razu. Dla mnie w Polsce w ogóle może nie być alkoholu.

A na Węgrzech? A na Węgrzech są piwniczki. I to mnie męczy. Męczy z wielu powodów.
- Bo stojące tam beczki dają świadectwo naturalności powstającego tam wina. Bez sztucznych dodatków, które są zapewne dodawane do win stojących na sklepowych półkach, nie mówiąc już o przemysłowej proweniencji każdej butelki piwa.
- Bo te piwniczki same w sobie są prawdziwe, z wykutymi w skale półkami i stołami, z pleśnią na skalnych ścianach.
- Bo do piwniczki przychodzą ludzie, którzy chcą przy winie spędzić miło czas, a nie tylko się znieczulić. No chyba, że są to polscy turyści w Dolinie Pięknej Panny.
- Bo jest coś takiego w węgierskiej kulturze picia w przeciwieństwie do polskiej kultury (a może lepiej ”kultury”) picia, co nie odstręcza. Bardzo rzadko widziałem Węgrów pijanych, a chyba nigdy nie widziałem Węgra u którego po wypiciu budzi się agresja.

Widząc takie winne piwniczki, najczęściej u podnóża Gór Bukowych, bo w tamtym rejonie zazwyczaj mamy naszą „bazę”, zastanawiam się nad jedną sprawą. Co byłoby z tymi piwniczkami, gdyby znajdowały się one w Polsce. I myślę, że są tylko dwie ewentualności. Albo taka piwniczka byłaby zaopatrzona w dodatkowe kraty, sztaby, super-odporne kłódki, kto wie, być może także alarm i monitoring albo … już by jej nie było, bo ktoś by się włamał wynosząc pełne beczki lub przelewając ich zawartość do kanistrów.
Czy to zbyt pesymistyczna wizja? Nie sądzę, wiedząc co w Polsce pada łupem złodziei nie mam złudzeń, że wolno stojąca, czasem z dala od domów piwniczka wypełniona alkoholem, wcześniej lub później wpada w oko włamywaczom.

I dlatego tak wzdycham do węgierskich piwniczek, nawet wtedy gdy wszyscy inni piją wino, a ja smakuję i wdycham bukiet mojej ulubionej białej … Traubisody. Bo urok węgierskich piwniczek nie odnosi się tylko do zawartości kieliszka.

 

 

Regiony winne

 

Region Csongrád
Bliskość Cisy i Szegedu, atrakcje turystyczne, piękno naturalne tej okolicy przyciągają turystów w te strony. Najpiękniejsze miasto Południowej Równiny Węgierskiej – Szeged wabi gości licznymi programami kulturalnymi. Programy kulinarne, Festiwal Wina w znacznym stopniu pomagają w poznaniu i rozpowszechnianiu win tej prowincji.
Centrum regionu – Csongrád – położone jest u styku Cisy i Körös. Na szlaku wina gospodarze częstują gości czerwonym, owocowym winem, a także domowej roboty kiełbasą i serami. Park Historyczny w Opusztaszer prezentuje zainteresowanym tradycje ludowe. Natomiast Teatr pod Gołym Niebem w Szeged wabi gości przyjemną rozrywką w letnie wieczory.
Całkowita powierzchnia regionu – 14275 ha
Według ewidencji wspólnot winiarskich zwanych gminami winnymi – 1770 ha
Ilość miejscowości należących do regionu – 16
Tradycja uprawy winogron i produkcji wina liczy ponad 100 lat. Już przed najazdem turecki (XIV – XV w.) znano i transportowano wino. W tym czasie powstały charakterystyczne dla tego regionu kompozycje gatunków (Kövidinka, Kadarka, Ezerjó, Piros szlanka, itp.), które istnieją do dziś.
Dzięki warunkom klimatycznym, zwłaszcza ciepłocie i dużemu nasłonecznieniu region wyróżnia się od klimatu Wielkiej Równiny Węgierskiej. Wyraźnie ciepły region i nadzwyczaj bogaty w światło słoneczne jest uważany za urodzajny, ale jest ubogi w deszcze. Zimy są często srogie i bez pokrywy śnieżnej. Pagórkowate ukształtowanie terenu jest łagodnie pofalowane lub monotonnie płaskie. Ziemia nad Dunajem jest piaszczysto-wapienna o charakterze próchniczym lub czarnoziemu, natomiast w Dolinie Cisy gleby mają kwaśny odczyn.
Z tradycyjnych gatunków (np. Kövidinka) produkowane są tutaj wina stołowe o nieco subtelnym, świeżym smaku. Wyborne gatunki białych winogron (Chardonnay, Rajnai rizling, Olaszrizling, Zöld veltelini), jak również gatunki czerwonych (Kadarka, Cabernet franc i sauvignon, Kékfrankos) są odpowiednie do produkcji wina. Bardzo znane wina, o dźwięcznej nazwie to Csongrádi Kadarka (Kadarka z Csongrád) i Pusztamérgesi Olaszrizling (Olaszrizling z Pusztamérges).

Region Hajós-Baja

Region ten jest jedną z twierdz turystyki wina. Piwniczki w Hajós znane są od dawna. Wabią one nie tylko atrakcjami, ale i winami doskonałej jakości. Przyjeżdżają tu tysiące gości  nie tylko z Węgier, ale i z zagranicy. W regionie tym produkowane są wyborne wina pełne czerwone. W gastronomii są dopełnieniem kuchni niemieckiej i węgierskiej.

Związek Szlaku Winnego powstał w celu rozpowszechniania win z poszczególnych regionów, dla pokazania: naturalnego piękna tych regionów i cudownych przeżyć, które udzielają się gościom odwiedzającym te okolice. W czasie wędrówki szlakiem wina goście mogą zasmakować tradycyjnej wiejskiej gościnności, wziąć udział w krajowych zawodach jeździeckich. Mogą też zawitać do Baja, gdzie w „święto Halászlé” (święto Zupy Rybnej) w ponad 2000 kociołkach gotuje się arcydziało kuchni węgierskiej.

całkowita powierzchnia regionu 14873 ha

według ewidencji gmin winnych 1681 ha

ilość miejscowości należących do regionu 12

Kiedyś obszar ten stanowił część Winnego Regionu Wielkiej Równiny Węgierskiej. W 1990 roku zmienił nazwę na Hajós-Vaskúti. Obecną nazwę otrzymał w 1998 roku. Tradycja uprawy winorośli i produkcji wina liczy ponad 100 lat. Zniszczenia dokonane przez Turków w znaczący sposób zmniejszyły obszar winnic, następnie wraz z nastaniem niemieckojęzycznego osadnictwa nastała uprawa winogron z większym rozmachem. Drugi z kolei wielki rozkwit miał miejsce po pladze filoksery, podczas gdy trzeci nastąpił w latach 1961-65, kiedy to rozwinęła się uprawa winogron na wielką skalę.

Tutaj, podobnie jak na południu Równiny są cieplejsze lata, z dużą ilością słońca. Ilość rocznych opadów deszczu jest wystarczająca. W części równinnej tego regionu istnieje niebezpieczeństwo szkód wyrządzonych przez mróz  (zimą, wiosną, jesienią). Winogrona są uprawiana na lepszej jakości glebach piaszczystych (piasek zmieszany z lessem, piasek z próchnicą), ewentualnie na czarnoziemach. Urodzajne gatunki winorośli dające czerwone wino stanowi 40% upraw regionu. Spośród tradycyjnych gatunków obecnie uprawianych należy wymienić Kadarkę, Kövidinkę, Izsáki, Ezerjó dające białe wino. Spośród kolejnych 20 gatunków należy dodać tzw gatunki „międzynarodowe” („światowe”) (Chardonnay, Sauvignon, Cabernet franc i sauvignon, Merlot), gatunki dające wina wonne (Tramini, wino muskatułowe Ottonel muskotály, wino korzenne Cserszegi), wina cierpkie (Kunleány, Rajnai rizling – reński rizling) i gatunki tzw „hungaricum” (Olaszrizling – włoski rizling, Hárslevelű – z dodatkiem liści lipy).

Z tradycyjnych gatunków win produkuje się tutaj wina stołowe; z wybornych gatunków natomiast wina liczące się na rynku.

 

Kronika węgierskiego wina

Winogrona i wino są częścią kultury ludzkiej. Kiedy ponad 5000 lat temu winogrona przybyły z Azji Środkowej podbijając świat, Węgrzy jeszcze nie mieli swojej obecnej ojczyzny. Przodkowie Węgrów szukając swojego państwa zapoznali się z produkcją wina i z rozkoszą spożywania tego trunku. Świadczy o tym stwierdzenie, że słowo „bor” (wino) różni się od powszechnie znanego łacińskiego „vinum”. W znacznej części jest wyrażeniem fachowym z dziedziny winiarstwa, nie pochodzącym ani z łaciny ani z języka tureckiego (szőlő, csiger, seprő, ászok, szűr).
800-500 r p n e – na podstawie wykopaliska pestek winogron znalezionym w urnie w grobowcu stwierdzono, że Celtowie, którzy mieszkali w okolicach Scarbantia (Sopron) i Alisca (Szekszárd) zaimowali się uprawa winogron.
14-9 r p n e – prowincja Pannonia jest podbita przez Rzymian, którzy już wtedy zajmowali się uprawą winogron w Szerémség (Sismium), Pécs (Sopianae), Szombathely (Savaria), Sopron (Scarbantia), Szekszárd (Alisca), Őszőny (Brigetio) i w okolicach Balatonu.
92 r n e – cesarz Domitius wydając rozporządzenie nie dopuszczając tym samym do powstania osiedli winnych w Pannonii.
276-282 – według pisarza rzymskiego (Sextusa Aureliusa Victora) cesarz Probus – potomek rodziny rządzącej w Szerémség, posiadającej winnice – w pannońskim mieście Sirmium z pomocą wojska odwodnił bagniste tereny i zasadził winogrona w tym miejscu.
990 r – po przyjęciu chrześcijaństwa węgierscy winiarze postępowali według wzoru europejskiego. Mnisi rozpowszechniali dookoła chrześcijaństwo, wiedzę na temat wyrobu wina, technikę uprawy wina.
996 r n e – książę Géza założył klasztor benedyktyński w Pannonhalma, na górze św. Marcina.
1031 r – Pierwszy król Węgier, św. Stefan, skierował zażalenie swojemu synowi dotyczące jego wiedzy na temat wina: „…daj czasem pić cierpkiego wina, które zwraca uwagę twojej mądrości na moje nauki.”
1075 r – Opactwo św. Benedyktyna założone przez króla Gézę I wydaje list wspominający o ogrodach Alpár i Kürt znajdujących się w dzisiejszym regionie Kunság.
1200 r – wydanie rozporządzeń określających osiedla winne, ukształtowały się gminy winne (promontumy – cyple) i zalążki regionów winnych.
1242 r – Béla IV sprowadził osadników włoskich, walońskich i niemieckich na opuszczonych terenach.
1444 r – Serbowie uciekający przed ekspansją turecką rozpowszechniali wyrób czerwonego wina, narzędzia potrzebne do tego celu i proces wyrobu.
1486 r – w Tordas została przygotowana jedna z najwcześniejszych organizacji ziemiańskich dotycząca gmin winnych.
1631 r – duchowny Laczkó Máté z Szepsi wyprodukował pierwsze tokajskie ászu według stuletniej tradycji. Wina z Tokaju uzyskują międzynarodowe uznanie.
1742 r – pojawia się pierwsza Księga Winogrona (Szőlő Jövésnek Könyve)
1825 r – w Pozsony zostaje wybudowana pierwsza fabryka szampana
1875 r – plaga filoksery niszczy plantacje na obszarze 1200 ha. Po tej dacie zostaje wprowadzony program zwany I Rekonstrukcją Winnic. Jednocześnie stał się on słupem milowym w odnowieniu się uprawy winogron.
1893 r. – Weszła w życie pierwsza ustawa winna.
1894 r. – Uchwalono pierwszą ustawę o wspólnocie winiarskiej, o zasięgu krajowym.1901 r – w Budafok rozpoczęła działalność pierwsza węgierska szkoła mistrzostwa winnego.
1920 r – na mocy traktatu z Trianon Węgry tracą 1/3 regionów winnych i 2/3 konsumentów wina.
1945-1990 – okres zmian poglądów. Przekształceniu uległa administracja, przestały istnieć gminy winne. Hatály utraciło swoją ustawę dotyczącą wina. Zarządzanie plantacjami częściowo pozostała w prywatnych rękach. Uprawa winogron, jego przerób i dystrybucja wina została scentralizowana. W tym okresie wielkie przedsiębiorstwa będące własnością państwa wprowadziły na rynek 85 % wina.
1962-63 – program II Rekonstrukcji Winnic, w ramach którego przyszła kolej na plantacje winogron liczące ponad 10.000 ha.
1970 r – duże zainteresowanie eksportem wina; znalazło się ono na stołach konsumentów z ponad połowy krajów Europy Wschodniej.
1990-2000 – na początku dziesięciolecia nastały gruntowne zmiany polityki krajowej i międzynarodowej. Zniknęły lub zostały zmienione wcześniej określone rynki Europy Wschodniej. W czasie prywatyzacji przekształceniu uległy zakłady państwowe, w prywatne ręce trafiły plantacje. Nowych sposobów rozwoju technologicznego trzeba było szukać w dziedzinie kontroli i regulacji sektorów.
1994 r – wprowadzono ustawę dotyczącą gmin winnych, rozpoczęła się reorganizacja systemu gmin winnych.
1997 r. – Weszła w życie kolejna ustawa winna. Wprowadzono międzynarodowe przepisy dotyczące gwarancji pochodzenia, uzupełnione o specyficzne elementy węgierskie. Świadectwo pochodzenia winogron i wina towarzyszy trunkowi na drodze od producenta do konsumenta.
2000 r – wprowadzono akcyzę

Węgry – kraj winogron i wina

Węgierska uprawa winogron i produkcja wina liczy tysiąc lat. Na straży tych tradycji stoją współcześni winiarze – uprawiający winogrona i produkujący wino. Wino to jeden z głównych elementów zarówno węgierskiej historii, kultury i gastronomii. Przez stulecia kultura winogron i produkcja wina przeżywała ciężkie czasy, ale zawsze stawała na nogi. Dzisiaj dogodniejsze warunki ekonomiczne i społeczne między produkcją wina a jego spożyciem zaczynają się budzić z blisko 40-letniego snu. Obecnie na Węgrzech, na 93000 ha uprawiane są winogrona. Dzięki temu Węgry zajmują miejsce wśród 25 pierwszych państw świata. Produkcja wina wynosi 3,5-5,5 mln hektolitrów rocznie, a Węgrzy spożywają 30-32 litry tego trunku w ciągu roku. To zalicza kraj do pierwszej piętnastki. Trzy czynniki są charakterystyczne dla jakości wina: otoczenie (klimat, pagórkowaty teren i gleba), uprawiane gatunki i efekty ludzkiej ingerencji (uprawa winogron, winiarstwo jako nauka, rynek, kultura, tradycja). Wpływ osobliwego klimatu Węgier dobrze widać na przykładzie wahań produkcji wina. Klimat Zagłębia Karpackiego jest głównie kontynentalny, ale w dużej mierze miesza się też z klimatem atlantyckim i śródziemnomorskim. Ma to również wpływ na jakość wina: w roku z dużą ilością opadów można otrzymać raczej gorzkie i kwaśne wino, podczas gdy w cieplejszym i bardziej suchym roku – wino ostrzejsze i wyraźniejsze. Warunki klimatyczne sprzyjają produkcji wina białego, co stanowi 3/4 całkowitej produkcji wina. Osobliwy krajobraz Węgier, gleba i zróżnicowanie terenu również mają wpływ na jakość wina. Stoki gór i tereny pagórkowate wabią nie tylko widokami, ale i winem.
Góry w północnej części Balatonu czy piękne Somló to przykłady niegdyś czynnych wulkanów – dzisiaj są doskonałym miejscem pod uprawę winogron. Less, tak jak w Szekszárd, jest jedną z charakterystycznych gleb w tym regionie. To również daje popularne wina. Na piaskach Wielkiej Równiny Węgierskiej konsument może zapoznać się z winami, które dojrzewają szybciej. Naturalnie, nie można zapomnieć o Tokaju, gdzie wzajemny wpływ klimatu, gleby i ukształtowania terenu uzupełnione procesem produkcji wina nadaje wyjątkowy charakter znanym winom tj. aszú i szamorodni. Wina znane jako „hungaricum” są jeszcze mało znane zagranicą, ale wciąż lubiane przez kobiety. Wśród nich są takie białe wina jak: Olaszrizling, Hárslevelű, Furmint, Juhfark, Kéknyelű; wśród czerwonych Kékfrankos czy Kékportó. Obecnie podejmowane są liczne starania, aby w niedalekiej przyszłości wielkie przedsiębiorstwa zaczęły na nowo produkować takie znane gatunki jak Kadarka. Obecnie na Węgrzech są 22 prowincje z winem. Różnią się one w znacznej mierze wielkością, położeniem geograficznym i charakterem win. U podnóży Tokaju mamy aszú; Eger i Szekszárd są domem bikavér. Powstanie i przechowanie win tego regionu zawdzięczamy pokoleniom winiarzy. W ważnych, znaczących regionach z winem, podobnie jak u europejskich partnerów, uprawa winogrona i produkcja wina była bardziej uregulowana już od końca Średniowiecza. U podnóży Tokaju w XVII i XVIII w., w jednym z pierwszych regionów na świecie, wprowadzono ustawę regulującą miejsce uprawy winogrona i warunki produkcji wina. Obecne usługi producentów, a także system gmin winnych również ma swoje korzenie w średniowiecznych instytucjach. Wino ściśle wiąże się z kuchnią i kulturą Węgier. Podstawą życia w regionie było wino. Imprezy mające na celu pokazanie i utrzymanie tradycji regionu są związane z winem (festiwale winobrania, wystawy wina, wydarzenia kulturalne), które często wiążą się z poszczególnymi świętami (np. Dzień św. Urbana, Dzień św. Marcina). Również imprezy regionalne i krajowe mają znaczenie i należą do ulubionych (Budapesztański Festiwal Wina). Takie imprezy są dobrą okazją do poznania win i ich producentów. Powstanie nauki o winie i zainteresowanie winem pokazuje powstanie lokalnych i krajowych organizacji winnych, które nie dotyczą uprawy wina i produkcji winogrona (tj. wspólnoty/gminy winne; stowarzyszenia). W coraz większej ilości obsługują one konsumentów i miłośników wina (kluby wina, organizacje przyjaciół wina). Działa coraz więcej domów wina, które poza edukacją regionalną zapoznają gości z winami, służą organizowaniem imprez, wyjść na szlaki wina i na stacje na tych szlakach. Podobna instytucja działa w Budapeszcie. W historycznym otoczeniu (zamek w Budzie) wita się gości produktami pochodzącymi ze wszystkich regionów winnych w kraju. Na początku lat 90-tych XX w. nastąpiły zmiany społeczne i ekonomiczne, które nie pozostawiły sektora winnego nietkniętego. Prywatyzacja i działania umożliwiające otrzymanie odszkodowania zwiększyły rolę rodzinnych winnic i zakładów produkujących wina. W niektórych regionach (Somló, okolice Balatonu) ostatnio motorem jest nie produkcja wina, ale turystyka winna. Niemal we wszystkich regionach rozbudowywane są szlaki nie tylko dla zainteresowanych winem, ale dostarczające innych rozrywek – dające duże możliwości (odpoczynek nad wodą, jazda konna, polowanie). Przeobrażenie rynku można dobrze zobaczyć we wzroście popytu na lepsze, droższe wina. Węgierscy konsumenci na nowo „odkryli”, coraz lepiej „poznają wina”, stają się bardziej wymagający. Wino na Węgrzech przeżywa renesans, co widać na każdym poziomie kultury wina(produkcja, handel, konsumpcja). Handel winem można zmierzyć zwłaszcza w podaży tego trunku w sklepach i w rozwoju turystyki wina. Sławę węgierskich win powiększają międzynarodowe zawody winne, których uczestnicy sięgają wysokich miejsc. W ubiegłych latach węgierscy winiarze zdobyli liczne złote medale w Bordeaux, Brukseli, Nowym Jorku i Londynie.

Basenowe klimaty

W Polsce są baseny i na Węgrzech są baseny. Czym się różnią? Pytanie banalne. Różnic ogrom. W Polsce jest ich mniej, na Węgrzech dużo więcej. Tu są droższe, tam są tańsze. Można tak wymieniać, ale mnie zaskakuje zawsze inna różnica.

Kogo widzimy na polskich basenach? No, wszystkich – można powiedzieć – dorosłych i dzieci.
- Dzieci, to wiadomo, ale jakich dorosłych? – ktoś zapyta.
I zaraz możemy odpowiedzieć, że ojców, matki tych dzieci, czasem tychże ojców i matki bez dzieci.
– A babcie i dziadków? – drąży ktoś dociekliwy.
- Babcie i dziadków czasami też – odpowiemy - szczególnie tych drugich, gdy przyszli na basen pilnować szalejących w wodzie wnuków, bo średnie pokolenie zapewne pracuje.

Ale jak często widzimy ma polskich basenach babcie i dziadków tak zupełnie samych, gdy przyszli popływać i wymoczyć stare kości? Rzadko, bardzo rzadko. Gdzieś przemykają, czasem trochę jakby zawstydzeni, że zajmują basen należny młodym. I to właśnie jest ta różnica, która mnie szczególnie uderza na węgierskich basenach.
Na Węgrzech starsze panie i starsi panowie są pełnoprawnymi gości basenów. Oczywiście głównie basenów termalnych, gdzie w ciepłych, mętnych wodach mogą się przy okazji podleczyć. Starsze osoby traktują wizytę na basenach jako coś oczywistego. Nie mają przypisanego polskim emerytom wstydu zajmowania miejsca młodym.

Częściowo jest to obiektywnie zrozumiałe. Multum leczniczych basenów w niemalże co drugim węgierskim miasteczku, jak się ma do garstki leczniczych polskich wód, ale to nie tylko sprawa liczby miejsc. To także sprawa tradycji, zwyczaju chadzania na baseny, pomoczyć się, ale i spotkać znajomych, porozmawiać. Chyba w każdym przewodniku po Węgrzech jest fotografia starszych panów, czasem w śmiesznych chusteczkach na głowie, którzy grają lub kibicują grającym w szachy stojąc w wodzie.

Ja mam zrobione przez siebie zdjęcie na basenach w Demjen, na którym to zdjęciu para starszych osób, zapewne małżeństwo, leży sobie w wodzie, a ponieważ rozpadał się wtedy ogromny deszcz, tak po prostu wyjęli parasol i siedzą w wodzie. Koniecznie chciałem zrobić im to zdjęcie. Nie mam fotograficznego talentu, więc wyszło fatalnie, bo na pierwszym planie widać stalową poręcz. Jednak nie o poręcz chodzi, ale o zadowolone starsze osoby, które po prostu przyszły sobie na baseny. Zapewne przychodzą tak od dawna, skoro mieli ze sobą parasol, tak na wszelki wypadek.

Ja zamarzyłem sobie, żeby kiedyś tak, wtedy gdy my trzydziesto-, czterdziestolatkowie będziemy już na emeryturach można było iść sobie na basen, wejść z małżonkiem płci przeciwnej do wody i siedzieć w niej grzejąc stare kości.

Czy tak w Polsce kiedyś będzie? Nie wiem. Na Węgrzech od dawna tak jest.
I dlatego tak lubię węgierskie klimaty.

Budapeszt – na początek…

Turyści przyjeżdżający do Budapesztu mają w planie zobaczyć kilka miejsc, będących wizytówkami miasta. A to: Wzgórze Zamkowe, górze Gellérta, wyspę Małgorzaty, Lasek Miejski – te miejsca znajdziemy w programie każdej, nawet najkrótszej wycieczki. Zabawmy się więc w typowego turystę i rzućmy okiem na te budapeszteńskie skarby.

Na początek dwa w jednym czyli wieczorna wizyta na wzgórzu, czy jak chcą inni – górze Gellérta. Jest to miejsce licznie odwiedzane przez turystów, o czym świadczyć może fakt, że parking mieszczący się przy jedynym wjeździe na górę, ulicą Szirtes, jest płatny CAŁĄ dobę. Jednak amatorów pieszych wycieczek, tych, którzy nie boją się wspinaczek serpentynami parkowych ścieżek, namawiam do wejścia od strony Dunaju, a początek alejek można znaleźć przy budzińskim przyczółku smukłego, białego mostu Elżbiety.
Tym, co mieści się na górze Gellérta zajmiemy się innym razem. Teraz rzućmy okiem na nocną panoramę Budy. Dziś tym mianem nazywa się całą prawobrzeżną część miasta, my spójrzmy na historyczną Budę.

Na pierwszym planie Zamek Królewski. Reprezentacyjna budowla, prawda? A nocna sceneria dodaje jej tylko uroku. To ujęcie nie oddaje ogromu budowli, jednak o tym, że Budavári Palota jest ogromny, świadczyć może średniowieczne porzekadło, które wymieniało trzy wielkie budowle: z marmuru – Mediolan, z kamienia – Buda, z błota – Marienburg.
Dzisiaj średniowieczny pałac zamkowy nie istnieje. Jego miejsce zajęła barokowa budowla, której budowę rozpoczęto w XVIII wieku. Różne były koleje losów zamku, kto ich ciekaw – znajdzie. Dzisiaj w Zamku Królewskim mieści się Galeria Narodowa i Muzeum Historii Budapesztu.

Tuż za Zamkiem widać bryłę i wieżę kościoła Macieja. Nie „świętego Macieja” jak mówią niektórzy polscy turyści, przyzwyczajeni do tego, że kościoły określa się mianem patrona. A kościół ten, będący kościołem koronacyjnym, jest pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny. Król Maciej Korwin brał tu dwukrotnie (!) ślub i miał znaczący wkład w rozwój tej świątyni.

Nieco bardziej w lewo widać jasno oświetlony prostokąt wieży, która pozostała po zniszczonym w czasie 2. wojny światowej kościele parafialnym zamkowej dzielnicy. Dzisiaj plac Jana Kapistrana zdobi tylko wieża Marii Magdaleny i zarys murów dawnego kościoła.

A wyżej, rozgwieżdżone niczym niebo, połacie Wzgórz Budzińskich, usiane światłami okien modnych i piekielnie drogich willi: posiadanie tam domu nobilituje.

O tym jak wygląda dzielnica zamkowa z bliska – następnym razem.