Gra w kolory

 

Nie lubię zimy. Z różnych powodów. Głównie dlatego, że nie lubię zimna. Nie lubię też zimy z racji jej bezbarwnej, białej monotonii.
Czekam zawsze na lato, na wakacje, na wyjazd na Węgry. Bo raz, że jest ciepło, a dwa, że lubię węgierskie kolory. One coś w sobie mają. Coś, czego nie ma w Polsce. I nawet nie chodzi o błękit wody w węgierskich basenach. Oczywiście są też żółtobrunatne, mętne wody basenów leczniczych, ale na nie jeszcze nie chodzę, chociaż tu i tam mnie czasem coś pobolewa. Patrzę na inne kolory, czasem te na rzeczach, których raczej z kolorami nie kojarzymy. Bo odbieramy te rzeczy zazwyczaj innymi zmysłami.
Pijemy coś i jemy czując smak. A ja obok smakowania patrzę też na te produkty i widzę ich kolory. Polską czerwoną lub żółtą słodką paprykę lubię tak sobie, już wolę tę czerwień palącej usta papryczki chili. Tymczasem na Węgrzech kupuję najczęściej pikantną, ale nie palącą cienką podłużną paprykę miłą dla podniebienia i dla oka w przepięknym jasnozielonym seledynie. Nie bladym, ale i nie kłującym w oczy. Bo ja się przyznam do czegoś. Ja lubię ZIELEŃ.
Ulubioną Traubisodę nalewam z ładnej zielonej butelki. Chociaż nie jest to już jak kilkanaście lat temu zieleń szmaragdowego szkła, ale taka bardziej zwykła plastikowa zieleń. Zwiedzając Węgry, przy drodze kupujemy zielone arbuzy. Lubię salami. Jeść i patrzeć na nie. Patrzę na tę niedookreśloną brązową brunatność skórki i jakąś ciemną odmianę czerwieni z białymi cętkami salamiego wnętrza.
A gdzie zieleń w salami? Jest, a jakże. Widać ją na salami. Te trójkolorowe paski węgierskiej flagi opasującej walcowaty kształt salami. I właśnie ta flaga sama w sobie budzi sympatię. Bo ma w sobie zieleń.
Zastanawiałem się że może my, w kraju nad Wisłą, umiemy patrzeć na codzienność tylko przez pryzmat dramatycznego kontrastu bieli i czerwieni. Coś między bielą poddania i czerwienią rewolucji. Tak, tak – weksykolodzy już grzmią, że nadinterpretuję i dorabiam domorosłą ideologię. Ale ja nie piszę pracy naukowej. Wolno mi.
Dlatego przyznam się, że ten trzeci – zielony – kolor węgierskiej flagi najbardziej lubię. Tej zieleni brakuje mi tu – w kraju. Zauważcie, że węgierskich flag jest nad Dunajem na co dzień tak jakby więcej, niż u nas polskich. Piszę na co dzień, bo oczywiście u nas wszystkim świętom (złośliwy może dodać „i Wszystkim Świętym”) też towarzyszy narodowa flaga ze swoją bielą i czerwienią. Jednak czy owijamy flagą krakowską suchą lub polędwicę sopocką? Mam wrażenie, że u nas narodowe kolory służą wyłącznie wzniosłym celom, tymczasem na Węgrzech po prostu są na co dzień. Nie tylko od święta.
Dlatego gdy widzę czerwień, biel i zieleń na salami lub gyulai kolbasz, to nabieram takiej symbolizowanej przez tę zieleń nadziei, że będzie dobrze. Czego wszystkim Węgrom życzę.

Dodaj komentarz