Lista osobista

A jak ABC – Węgierskie sklepy w których zawsze znalazłem coś dobrego. Kiedyś wydawało mi się, że były tam rzeczy, które w Polsce można było dostać tylko w Peweksie. Teraz wiem, że w węgierskich ABC są rzeczy, których w Polsce nigdzie się nie dostanie. Nie dlatego, że Peweksów już nie ma, ale dlatego, że żaden polski spożywczak nie sprzedaje „Traubisody” (patrz pod „T”) i „Turo Rudi”.

B jak Budapeszt – Najpiękniejsza stolica jaką znam. Miasto secesji, mostów na Dunaju i wspomnień z młodości. W zasadzie miejscom w Budapeszcie mógłbym poświęcić odrębny alfabet, ale to może innym razem. Tymczasem zapraszam do litery „K”.

C jak Cserepfalu – Mała wioska w pobliżu Mezokovesd, u stóp Gór Bukowych. Zbocza z winnicami i nierozerwalnie z nimi związanymi winnymi piwniczkami wykutymi w skałach. Podobnie wykute w skałach mieszkalne jaskinie „Kis America”. I ta wieczorna cisza, która na przeciętnym mieszczuchu przyzwyczajonym do wszechobecnego hałasu robi piorunujące wrażenie.

D jak Demjen – Nasze ulubione kąpielisko. Nie ogromne, nie mające największej liczby atrakcji, ale najsympatyczniejsze i mające wszystko to co potrzeba. Ach, gdyby tak na starość można było tam mieszkać i moczyć kości w takim termalnym basenie z widokiem na wzgórza.

E jak Eger – Miasto wina, basenów i zamku na wzgórzu skąd roztacza się wspaniały widok na leżące w dole kamienice i egzotyczny minaret, na który już na pewno nie wejdę, bo sam widok fotografii barierek na jego szczycie powoduje lęk wysokości.

F jak forum  - Miejsce gdzie spotkałem wielu Starych Znajomych, chociaż nikogo z Was osobiście nie jeszcze nie widziałem. Jedno z niewielu miejsc w internecie, gdzie wchodzę nie z obowiązku, ale dla przyjemności.

G jak „Gulasz z Turula” – Jedyna książka jaką w dorosłym życiu czytam przynajmniej raz do roku. W dzieciństwie dotyczyło to książek Niziurskiego, czy Nienackiego. Teraz zastąpił ich Krzysztof Varga. Czytam „GzT” także dlatego, że odnajduję tam moje znajome miejsca, a wartością dodaną jest to jak zostały one opisane. 

H jak Hajdunanas – Dlaczego nie Hajduszoboszlo? Bo to spokojne miasteczko na węgierskiej prowincji z sympatycznym zespołem basenów, wolę od hałaśliwego i pełnego turystów Haj-lo, w którym większość tych turystów nie widzi potrzeby nauczenia się po węgiersku „dzień dobry” i „dziękuję”. Wolę tak bardzo, że w Haj-lo jeszcze nie byłem i nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek tam pojadę. A do Hajdunanas z chęcią zajrzę po raz kolejny, chociażby na jeden dzień, aby poczuć wolniejsze tempo życia.

I jak idojaras – Czyli pogoda. Mam wrażenie, że na Węgrzech jest lepsza pogoda, niż w Polsce. Myślę o tej pogodzie wyrażonej na skali barometru i termometru i o pogodzie ducha.

J jak język węgierski – Chyba nigdy się go dobrze nie nauczę. Ale i tak mam satysfakcję, że dzięki tym słowom, które znam, ja lepiej rozumiem Węgrów, a oni lepiej rozumieją mnie. Dosłownie i w przenośni.

K jak Kobanya – Ta dzielnica jest mi najbliższa, bo był czas kiedy pomieszkiwałem na Halom koz, niedaleko Halom utca, w normalnym węgierskim bloku wśród Węgrów. Chodziłem do parku Czajkowskiego, a codzienne zakupy robiłem w zwyczajnym osiedlowym „ABC” przy Zalka Mate ter. A spośród ówczesnych marketów najbardziej lubiłem „Sugar” położonym na północnej granicy tej dzielnicy przy Ors Vezer ter. Ech … wspomnienia.

L jak lato – Dla mnie kojarzy się z wyjazdem na Węgry. Wszystkie inne wakacyjne wycieczki i pobyty, to tylko uzupełnienie.

M jak Mezokovesd – A w zasadzie Zsory, czyli dzielnica letniskowa w tym miasteczku. Najczęstsza baza w czasie węgierskich wyjazdów. Domki przy prostokątnej siatce maleńkich uliczek (patrz „U”), po których obok rzadko jeżdżących samochodów poruszają się czterokołowe rowerowe pojazdy z tamtejszej wypożyczalni. Tempo życia jest tam inne, bo nikt się spieszy.

N jak nehez – Czyli „trudny, trudna, trudne”. Tego słowa używam często, gdy tłumaczę się, że ciężko mi wymówić jakieś słowo. Gdy jeszcze dodam słowo „sajnos”, to Węgrzy ze zrozumieniem kiwają głowami. Ale doceniają, że przynajmniej się staram.

O jak owoce – Dodam jeszcze warzywa. Z owoców przede wszystkim arbuzy (patrz także pod „V”), z warzyw papryka (patrz pod „P”). Niby większość z nich można spotkać w Polsce, ale na Węgrzech jakoś inaczej smakują. Nigdy nie wiem, czy to obiektywna kwestia kubków smakowych, czy subiektywna kwestia wakacyjnego nastroju.

P jak papryka – Papryka to Węgry. Jest nawet polskie zagłębie paprykowe pod mazowieckimi miejscowościami: Przysuchą i Potworowem. Ale i tak dla mnie prawdziwa papryka jest tylko węgierska. Pod różnymi postaciami. Słodka i ostra, a najlepsza jest ta półostra, podłużna seledynowa. Świeża i w słoikach, tu najlepsza jest nieduża, okrągła, marynowana.

R jak Rendorseg – Czyli tamtejsza Policja. Z jednej strony zawsze z niepokojem patrzę na węgierskie radiowozy, czy przypadkiem nie chcą mnie zatrzymać, bo o wysokości mandatów krążą legendy. Jednak z drugiej strony nie czuję z ich strony ewentualnej nieobliczalności, czy też nawet złośliwości, z której w internetowej rzeczywistości jest znana chociażby policja czeska i słowacka. Na razie nie miałem spotkać się oko w oko z węgierskimi policjantami. No i może niech tak zostanie.

S jak salami – W zasadzie nawet nie bardzo lubię. Ale głównie dotyczy to polskich zamienników. Bo tamtejsze oryginalne salami smakuje i pachnie całą swoją węgierskością. Gdy jeszcze długo po przyjeździe ukroję plasterek, to wracają wspomnienia.

T jak Traubisoda – Moja płynna słabość. Niby tylko winogronowy napój gazowany, a jednak to coś więcej. Kiedyś w szklanej półtoralitrowej butelce zamykanej metalowym kapslem, teraz zunifikowana w PET-plastiku z nakrętką. Pojawiła się w ciemnym kolorze, a także dietetyczna ze słodzikiem. Ale dla mnie i tak najlepsza jest ta tradycyjna – jasna, z niezdrowym cukrem. Bez Traubisody nie ma wakacyjnych kolacji (patrz „V”).

V jak vacsora – Czyli Kolacja. Najważniejszy wakacyjny węgierski posiłek. Śniadania są szybkie, bo przyjeżdża się po to aby zwiedzać, czyli trzeba szybko wyjść. Obiad, to najczęściej przekąska gdzieś po drodze lub na basenach. A kolacja, to zwieńczenie dnia. Warianty są dwa: wyjściowy (to najczęściej w zasadzie obiadokolacje), w którejś z knajpek lub domowy z obowiązkowym zestawem: pszenne pieczywo, paprykowe wędliny, papryka we wszelkiej postaci, Traubisoda do picia i arbuz na deser. Nieeeeebooooo w gębie.

U jak ulica, utca – W obu językach na „U”. Mam swoje ulubione w małych miasteczkach i w dużym Budapeszcie. Te pierwsze są w Mezokovesd, Tokaju, czy maleńkim Cserepfalu, te drugie są w różnych dzielnicach stolicy. Nie sposób ich wszystkich wymienić, ale jedną muszę. To Wesselenyi utca w VII dzielnicy. Dla mnie żywe muzeum węgierskiej historii: ślady żydowskiej obecności, secesyjne elementy, kamienice pamiętające CK Monarchię.

W jak wino – Nie piję alkoholu. Tak sobie kiedyś postanowiłem. Ale gdy czytam wpisy forumowych Ekspertów od wina, to dochodzę do wniosku, że węgierskie wino, to nie jest taki sobie napój z kilkunastoma procentami służącymi do poprawy nastroju. To część węgierskiej historii, tradycji i kultury. A jeszcze te wykute w skałach piwniczki z beczkami. Według niektórych może popełniam bluźnierstwo, ale napiszę, że trochę Was miłośników wina rozumiem, bo moja ulubiona Traubisoda też jest z winogron.

X jak X muza – Zaskakująco dużo jest związków polskiego i węgierskiego kina. Polscy aktorzy grający w węgierskich filmach. Marta Meszaros, to prawie pół-Polka. Są węgierskie akcenty w polskich komediach („Czterdziestolatek”, „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”, CK Dezerterzy” ). Ale dla mnie synonimem węgierskiego kina jest Miklos Jancso i jego filmy o trudnej, węgierskiej historii. I te ujęcia bezkresnych równin puszty, na tle których rozgrywają się ludzkie dramaty.

Z jak zene – Czyli muzyka. Nie mam swojego ulubionego zespołu. Chyba nawet nie potrafię wymienić żadnego węgierskiego przeboju, oczywiście oprócz „Dziewczyny o perłowych włosach”. Ale gdy włączę w samochodowym odtwarzaczu płytę z węgierskim czardaszami, to odżywają wszystkie przyjemne wspomnienia.

Dodaj komentarz