Lista osobista

A jak ABC – Węgierskie sklepy w których zawsze znalazłem coś dobrego. Kiedyś wydawało mi się, że były tam rzeczy, które w Polsce można było dostać tylko w Peweksie. Teraz wiem, że w węgierskich ABC są rzeczy, których w Polsce nigdzie się nie dostanie. Nie dlatego, że Peweksów już nie ma, ale dlatego, że żaden polski spożywczak nie sprzedaje „Traubisody” (patrz pod „T”) i „Turo Rudi”.

B jak Budapeszt – Najpiękniejsza stolica jaką znam. Miasto secesji, mostów na Dunaju i wspomnień z młodości. W zasadzie miejscom w Budapeszcie mógłbym poświęcić odrębny alfabet, ale to może innym razem. Tymczasem zapraszam do litery „K”.

C jak Cserepfalu – Mała wioska w pobliżu Mezokovesd, u stóp Gór Bukowych. Zbocza z winnicami i nierozerwalnie z nimi związanymi winnymi piwniczkami wykutymi w skałach. Podobnie wykute w skałach mieszkalne jaskinie „Kis America”. I ta wieczorna cisza, która na przeciętnym mieszczuchu przyzwyczajonym do wszechobecnego hałasu robi piorunujące wrażenie.

D jak Demjen – Nasze ulubione kąpielisko. Nie ogromne, nie mające największej liczby atrakcji, ale najsympatyczniejsze i mające wszystko to co potrzeba. Ach, gdyby tak na starość można było tam mieszkać i moczyć kości w takim termalnym basenie z widokiem na wzgórza.

E jak Eger – Miasto wina, basenów i zamku na wzgórzu skąd roztacza się wspaniały widok na leżące w dole kamienice i egzotyczny minaret, na który już na pewno nie wejdę, bo sam widok fotografii barierek na jego szczycie powoduje lęk wysokości.

F jak forum  - Miejsce gdzie spotkałem wielu Starych Znajomych, chociaż nikogo z Was osobiście nie jeszcze nie widziałem. Jedno z niewielu miejsc w internecie, gdzie wchodzę nie z obowiązku, ale dla przyjemności.

G jak „Gulasz z Turula” – Jedyna książka jaką w dorosłym życiu czytam przynajmniej raz do roku. W dzieciństwie dotyczyło to książek Niziurskiego, czy Nienackiego. Teraz zastąpił ich Krzysztof Varga. Czytam „GzT” także dlatego, że odnajduję tam moje znajome miejsca, a wartością dodaną jest to jak zostały one opisane. 

H jak Hajdunanas – Dlaczego nie Hajduszoboszlo? Bo to spokojne miasteczko na węgierskiej prowincji z sympatycznym zespołem basenów, wolę od hałaśliwego i pełnego turystów Haj-lo, w którym większość tych turystów nie widzi potrzeby nauczenia się po węgiersku „dzień dobry” i „dziękuję”. Wolę tak bardzo, że w Haj-lo jeszcze nie byłem i nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek tam pojadę. A do Hajdunanas z chęcią zajrzę po raz kolejny, chociażby na jeden dzień, aby poczuć wolniejsze tempo życia.

I jak idojaras – Czyli pogoda. Mam wrażenie, że na Węgrzech jest lepsza pogoda, niż w Polsce. Myślę o tej pogodzie wyrażonej na skali barometru i termometru i o pogodzie ducha.

J jak język węgierski – Chyba nigdy się go dobrze nie nauczę. Ale i tak mam satysfakcję, że dzięki tym słowom, które znam, ja lepiej rozumiem Węgrów, a oni lepiej rozumieją mnie. Dosłownie i w przenośni.

K jak Kobanya – Ta dzielnica jest mi najbliższa, bo był czas kiedy pomieszkiwałem na Halom koz, niedaleko Halom utca, w normalnym węgierskim bloku wśród Węgrów. Chodziłem do parku Czajkowskiego, a codzienne zakupy robiłem w zwyczajnym osiedlowym „ABC” przy Zalka Mate ter. A spośród ówczesnych marketów najbardziej lubiłem „Sugar” położonym na północnej granicy tej dzielnicy przy Ors Vezer ter. Ech … wspomnienia.

L jak lato – Dla mnie kojarzy się z wyjazdem na Węgry. Wszystkie inne wakacyjne wycieczki i pobyty, to tylko uzupełnienie.

M jak Mezokovesd – A w zasadzie Zsory, czyli dzielnica letniskowa w tym miasteczku. Najczęstsza baza w czasie węgierskich wyjazdów. Domki przy prostokątnej siatce maleńkich uliczek (patrz „U”), po których obok rzadko jeżdżących samochodów poruszają się czterokołowe rowerowe pojazdy z tamtejszej wypożyczalni. Tempo życia jest tam inne, bo nikt się spieszy.

N jak nehez – Czyli „trudny, trudna, trudne”. Tego słowa używam często, gdy tłumaczę się, że ciężko mi wymówić jakieś słowo. Gdy jeszcze dodam słowo „sajnos”, to Węgrzy ze zrozumieniem kiwają głowami. Ale doceniają, że przynajmniej się staram.

O jak owoce – Dodam jeszcze warzywa. Z owoców przede wszystkim arbuzy (patrz także pod „V”), z warzyw papryka (patrz pod „P”). Niby większość z nich można spotkać w Polsce, ale na Węgrzech jakoś inaczej smakują. Nigdy nie wiem, czy to obiektywna kwestia kubków smakowych, czy subiektywna kwestia wakacyjnego nastroju.

P jak papryka – Papryka to Węgry. Jest nawet polskie zagłębie paprykowe pod mazowieckimi miejscowościami: Przysuchą i Potworowem. Ale i tak dla mnie prawdziwa papryka jest tylko węgierska. Pod różnymi postaciami. Słodka i ostra, a najlepsza jest ta półostra, podłużna seledynowa. Świeża i w słoikach, tu najlepsza jest nieduża, okrągła, marynowana.

R jak Rendorseg – Czyli tamtejsza Policja. Z jednej strony zawsze z niepokojem patrzę na węgierskie radiowozy, czy przypadkiem nie chcą mnie zatrzymać, bo o wysokości mandatów krążą legendy. Jednak z drugiej strony nie czuję z ich strony ewentualnej nieobliczalności, czy też nawet złośliwości, z której w internetowej rzeczywistości jest znana chociażby policja czeska i słowacka. Na razie nie miałem spotkać się oko w oko z węgierskimi policjantami. No i może niech tak zostanie.

S jak salami – W zasadzie nawet nie bardzo lubię. Ale głównie dotyczy to polskich zamienników. Bo tamtejsze oryginalne salami smakuje i pachnie całą swoją węgierskością. Gdy jeszcze długo po przyjeździe ukroję plasterek, to wracają wspomnienia.

T jak Traubisoda – Moja płynna słabość. Niby tylko winogronowy napój gazowany, a jednak to coś więcej. Kiedyś w szklanej półtoralitrowej butelce zamykanej metalowym kapslem, teraz zunifikowana w PET-plastiku z nakrętką. Pojawiła się w ciemnym kolorze, a także dietetyczna ze słodzikiem. Ale dla mnie i tak najlepsza jest ta tradycyjna – jasna, z niezdrowym cukrem. Bez Traubisody nie ma wakacyjnych kolacji (patrz „V”).

V jak vacsora – Czyli Kolacja. Najważniejszy wakacyjny węgierski posiłek. Śniadania są szybkie, bo przyjeżdża się po to aby zwiedzać, czyli trzeba szybko wyjść. Obiad, to najczęściej przekąska gdzieś po drodze lub na basenach. A kolacja, to zwieńczenie dnia. Warianty są dwa: wyjściowy (to najczęściej w zasadzie obiadokolacje), w którejś z knajpek lub domowy z obowiązkowym zestawem: pszenne pieczywo, paprykowe wędliny, papryka we wszelkiej postaci, Traubisoda do picia i arbuz na deser. Nieeeeebooooo w gębie.

U jak ulica, utca – W obu językach na „U”. Mam swoje ulubione w małych miasteczkach i w dużym Budapeszcie. Te pierwsze są w Mezokovesd, Tokaju, czy maleńkim Cserepfalu, te drugie są w różnych dzielnicach stolicy. Nie sposób ich wszystkich wymienić, ale jedną muszę. To Wesselenyi utca w VII dzielnicy. Dla mnie żywe muzeum węgierskiej historii: ślady żydowskiej obecności, secesyjne elementy, kamienice pamiętające CK Monarchię.

W jak wino – Nie piję alkoholu. Tak sobie kiedyś postanowiłem. Ale gdy czytam wpisy forumowych Ekspertów od wina, to dochodzę do wniosku, że węgierskie wino, to nie jest taki sobie napój z kilkunastoma procentami służącymi do poprawy nastroju. To część węgierskiej historii, tradycji i kultury. A jeszcze te wykute w skałach piwniczki z beczkami. Według niektórych może popełniam bluźnierstwo, ale napiszę, że trochę Was miłośników wina rozumiem, bo moja ulubiona Traubisoda też jest z winogron.

X jak X muza – Zaskakująco dużo jest związków polskiego i węgierskiego kina. Polscy aktorzy grający w węgierskich filmach. Marta Meszaros, to prawie pół-Polka. Są węgierskie akcenty w polskich komediach („Czterdziestolatek”, „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”, CK Dezerterzy” ). Ale dla mnie synonimem węgierskiego kina jest Miklos Jancso i jego filmy o trudnej, węgierskiej historii. I te ujęcia bezkresnych równin puszty, na tle których rozgrywają się ludzkie dramaty.

Z jak zene – Czyli muzyka. Nie mam swojego ulubionego zespołu. Chyba nawet nie potrafię wymienić żadnego węgierskiego przeboju, oczywiście oprócz „Dziewczyny o perłowych włosach”. Ale gdy włączę w samochodowym odtwarzaczu płytę z węgierskim czardaszami, to odżywają wszystkie przyjemne wspomnienia.

„Inny kraj, inny klimat”

„Inny kraj, inny klimat”

„Czujemy, że wjechaliśmy w inny kraj, inny klimat” – to zdanie ze „Szkiców piórkiem”, zapomnianego dziś emigracyjnego pisarza Andrzeja Bobkowskiego odnosi się wprawdzie do Francji, ale świetnie oddaje też moje odczucia, gdy mijam węgierską granicę.

Coś w tym jest, że każdy z nas ma jakąś wewnętrzną busolę, taki psychiczny GPS, który sygnalizuje nam, gdzie jesteśmy i czy tam gdzie jesteśmy czujemy się dobrze, czy źle. Czy lubimy to miejsce, czy też nie. Mam w moim mieście dzielnicę, która mnie odpycha, chociaż nic mnie z nią nie wiąże, żadne wspomnienia, żadne traumy, a jednak nie lubię tam jeździć. Podobnie jest z wakacyjnymi wyjazdami. Pamiętam chwalony przez przyjaciół ośrodek nad jeziorem, położony na szczęście niecałe 100 kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. Dlaczego na szczęście? Bo gdy przypadkiem znalazłem się tam przejeżdżając, poczułem, że to miejsce nie ma dla mnie korzystnego wpływu, jakoś denerwuje.

Staram się być realistą, nie ulegać modom i przesądom, a jednak myślę, że są zapewne nie odkryte przez naukę zakamarki ludzkiej psychiki, które potrafią odczytać dobrą, bądź złą aurę. Taką aurę czuję zawsze po minięciu węgierskiej granicy. Nie jestem typem obieżyświata, nie lubię podróży dla samej podróży. Oczywiście staram się w czasie wakacyjnych wyjazdów po drodze zobaczyć, to co może być ciekawe. Nie jeżdżę w nocy, bo uważam, że warto poświęcić ten jeden dzień wakacyjnego pobytu na miejscu, aby po drodze zobaczyć coś do czego nigdy nie pojedzie się jako do miejsca docelowego. Zawsze więc z zachwytem patrzę na polskie beskidzko-bieszczadzkie, czy słowackie tatrzańskie krajobrazy widziane z okien samochodu i czasem z krótkich przystanków na trasie.

A jednak, pomimo tych podróżnych atrakcji, od wyjazdu z domu towarzyszy mi delikatne uczucie „reisefieber”. Towarzyszy mi ono podczas większości dalszych, kilkusetkilometrowych, podróży służbowych. A w czasie wakacji czuję „reisefieber” podczas jazdy przez Polskę i Słowację, a niczym dotknięte czarodziejską różdżką mija w pierwszych węgierskich granicznych miejscowościach: Putnok, Tornyosnemeti, czy Satoraljauhely, w zależności od tego jaką trasą jedziemy. Sam zastanawiam się o czym to świadczy. Czy tylko o przeczuciu wakacyjnych przyjemności? Ale w takim razie dlaczego nie odczuwam poczucia odprężenia już od wyjazdu z domu. Żona powiedziała mi kiedyś, że dopiero po minięciu węgierskiej granicy staję się wiele bardziej uśmiechnięty. Coś w tym jest.

Coraz częściej na naszym Forum pojawia się poruszany przez różne osoby wątek marzenia o zamieszkaniu kiedyś na Węgrzech na mniej lub bardziej stały pobyt. Ja też łapię się coraz częściej na takich myślach. Jak miło by było tam zamieszkać. Zostawić polską rzeczywistość i przenieść się tam, gdzie przecież też są problemy: ekonomiczne trudności, polityczne przepychanki, narodowościowe spory, historyczne traumy. Jednak dla takiej osoby jak ja, napiszę w imieniu innych, jak MY – ewentualnych przybyszy z innego kraju, te wszystkie problemy byłyby zapewne nieco oddalone. Oczywiście takie decyzje nie są łatwe. Bieżąca rzeczywistość, wszelakie powiązania zawodowe, rodzinne, logistyczne, finansowe, itp. itd., powodują, że nie tak łatwo przenieść się na kilka lat, a może na całe życie, do innego kraju.

A jednak może warto nie tylko pomarzyć, ale spróbować planować taką życiową rewolucję. Jeśli nie uda się za rok, to może za dwa, może za pięć. Marzenia są po to aby starać się je realizować. A przynajmniej do nich dążyć.

„Inny kraj, inny klimat”. Węgry, chociaż leżą w odrobinę cieplejszej od Polski strefie, nie przyciągają nas chyba klimatem w sensie dosłownym. Zimą nie unikniemy tam zimna, dosięgną nas tam także wiosenne i jesienne chłody. Ale jest jeszcze ważniejsza od tej wyrażonej słupkiem rtęci na termometrze pogoda ducha.

Na czterech kółeczkach

Każdy wyjazd na Węgry, to zwiedzanie ciekawych miejsc, odwiedziny basenów, miłe obiadki i kolacyjki, zdjęcia na pamiątkę, itp., itd. A ja lubię coś jeszcze. Zakupy. Nie tylko te nietypowe zakupy pamiątek, ale też te zwykłe codzienne „jedzeniowe”. Dlaczego je lubię? Bo są inne niż te robione przez większą część roku na mazowieckiej ziemi. Oczywiście najbardziej charakterystyczne są małe sklepiki, często pod szyldem „ABC”, ale nawet markety kryją w sobie ciekawostki. W takim markecie jest cała masa sieciowych produktów, które zapewne spotkamy w każdym markecie tej marki na całym świecie. Ja szukam tego, co kojarzy mi się z węgierskimi smakami. Zapewniam Was, że trochę tego jest.

W większości miast i miasteczek jest charakterystyczny biały pawilon. Zapraszam Was na wycieczkę po „Tesco”, gdzie do pomocy bierzemy marketowy wózek na czterech, małych kółkach.

Chyba wszystkie markety „Tesco” mają swój stały rozkład regałów. Ja po minięciu bramek idę w prawo wzdłuż kas do regałów postawionych przy ścianie. Tam najczęściej są napoje. I oczywiście jest „Traubisoda”. To jest dla mnie ogromna zaleta „Tesco” w porównaniu do innych marketów, na przykład równie popularnego na Węgrzech „Spar-a”, gdzie „Traubisody” nie spotkałem. Obok tradycyjnej białej wersji tego napoju, od niedawna można kupić także wersję ciemną, moim zdaniem już nie tak dobrą. Biała też ma drugi wariant. W tym roku nie spojrzałem dokładnie na etykietkę i kupiłem dietetyczną wersję bezcukrową. Może i zdrowsza, ale smak już nie ten. Dla urozmaicenia biorę także „Fantę” o smaku malinowym lub wiśniowym – moim zdaniem lepsze od tradycyjnej pomarańczowej, a w Polsce takich nie spotkałem.

Idziemy dalej wzdłuż ściany do regału z pieczywem. Lubię białe, zapewne pszenne, delikatne pieczywo. Pasuje świetnie do kanapek, a oczywiście jeszcze bardziej do pikantnej zupy gulaszowej. Wzdłuż prostopadłej do regałów z pieczywem ściany są lady z mięsem i wędliną. Mięsa nie kupujemy, bo obiadów na wakacjach nie gotujemy i grilla też nie robimy, ale wędliny na pyszne węgierskie śniadanka i owszem, kupić trzeba! Do codziennych posiłków kupujemy na wagę. Te gotowe, głównie zapakowane salami ze środkowych regałów, wkładamy do koszyka przed wyjazdem, aby zabrać do Polski. Wracając do wędliniarskiego stoiska, to oczywiście kupujemy wszelkie paprykowe, cienkie kiełbasy i te grube, krojone w plasterki wędliny. Tutaj polecam szczególnie węgierski paprykowy salceson. Nie wiem jak to się stało, że kupiliśmy pierwszy raz, bo w kraju nikt z nas nie jest smakoszem polskiego odpowiednika, czy to białego, czy czarnego. Ale gdy już kupiliśmy węgierską, paprykową wersję, to jej delikatność nas smakowo oczarowała. Tak. Jak to przewrotnie nie brzmi, ale obecnie naszą najbardziej ulubioną węgierską wędliną jest ichni salceson.

Mamy pieczywo i wędlinę, ale brakuje dodatków. Pakujemy do wózka te przetworzone i świeże. Pierwsze muszą być dwa rodzaje. Większość rodziny uwielbia marynowane w słoikach papryczki, zarówno te ostrzejsze cienkie, jak i nieco łagodniejsze okrągłe, których chyba w ogóle nie ma w polskich sklepach. Wrzucamy też do wózka czerwone tubki z pastą paprykową, ja najbardziej lubię pastę „csipos”, która dla reszty rodziny jest zbyt ostra i wolą „csemege”. Na koniec sklepowej „wycieczki” stoiska z  warzywami i owocami. Warzywa, to pomidory (masło do pieczywa i  pomidory, to chyba jedyne produkty prawie identyczne z polskimi, piszę „prawie”, bo węgierskie pomidory jakoś nam bardziej smakują, niż polskie) oraz oczywiście papryka. Jeśli papryka, to z wakacjami kojarzy się nam podłużna około 15-20-centymetrowa w dwóch odmianach. Ta jaśniejsza w kolorze kości słoniowej jest łagodniejsza, seledynowa bardziej pikantna. Do śniadania nawet nie trzeba ich kroić. Można przegryzać między kęsami pieczywa i wędliny.

A co do owoców, to oczywiście musi być arbuz. Dzień bez arbuza, to na Węgrzech dzień stracony. Można go jeść zaraz po kupieniu, ale najlepszy jest po schłodzeniu w lodówce. Wraz z kolejnymi wyjazdami na Węgry zmienia się proporcja arbuzowych zakupów. Zamiast tych przydrożnych stoisk, coraz częściej wybieramy marketowe stoiska. Może to mało romantyczne, ale zbyt często te przydrożne arbuzy nie miały oczekiwanej od nich słodkości.

Gdy mamy już „Traubisodę” (uzupełnioną o inne napoje), pieczywo, paprykowe wędliny, papryczki w słoiku, tubce i w surowej postaci oraz arbuzową zieloną kulę, to możemy kierować się do kasy wrzucając po drodze batoniki „Turo Rudi”. Smacznego!

PS. Ktoś może powie na powyższy tekst „artykuł sponsorowany”, „promocja marki”, „lokowanie produktu”. Krótko mówiąc: tekst na zamówienie. Niech każdy myśli co chce. Ja dodam tylko na koniec, że nie macie co iść na podobne zakupu do polskiego sklepu tej marki, bo niczego co wrzucam do węgierskiego wózka tam nie dostaniecie. No, może tylko arbuzy, ale na pewno nie będą takie słodkie.

Gra w kolory

 

Nie lubię zimy. Z różnych powodów. Głównie dlatego, że nie lubię zimna. Nie lubię też zimy z racji jej bezbarwnej, białej monotonii.
Czekam zawsze na lato, na wakacje, na wyjazd na Węgry. Bo raz, że jest ciepło, a dwa, że lubię węgierskie kolory. One coś w sobie mają. Coś, czego nie ma w Polsce. I nawet nie chodzi o błękit wody w węgierskich basenach. Oczywiście są też żółtobrunatne, mętne wody basenów leczniczych, ale na nie jeszcze nie chodzę, chociaż tu i tam mnie czasem coś pobolewa. Patrzę na inne kolory, czasem te na rzeczach, których raczej z kolorami nie kojarzymy. Bo odbieramy te rzeczy zazwyczaj innymi zmysłami.
Pijemy coś i jemy czując smak. A ja obok smakowania patrzę też na te produkty i widzę ich kolory. Polską czerwoną lub żółtą słodką paprykę lubię tak sobie, już wolę tę czerwień palącej usta papryczki chili. Tymczasem na Węgrzech kupuję najczęściej pikantną, ale nie palącą cienką podłużną paprykę miłą dla podniebienia i dla oka w przepięknym jasnozielonym seledynie. Nie bladym, ale i nie kłującym w oczy. Bo ja się przyznam do czegoś. Ja lubię ZIELEŃ.
Ulubioną Traubisodę nalewam z ładnej zielonej butelki. Chociaż nie jest to już jak kilkanaście lat temu zieleń szmaragdowego szkła, ale taka bardziej zwykła plastikowa zieleń. Zwiedzając Węgry, przy drodze kupujemy zielone arbuzy. Lubię salami. Jeść i patrzeć na nie. Patrzę na tę niedookreśloną brązową brunatność skórki i jakąś ciemną odmianę czerwieni z białymi cętkami salamiego wnętrza.
A gdzie zieleń w salami? Jest, a jakże. Widać ją na salami. Te trójkolorowe paski węgierskiej flagi opasującej walcowaty kształt salami. I właśnie ta flaga sama w sobie budzi sympatię. Bo ma w sobie zieleń.
Zastanawiałem się że może my, w kraju nad Wisłą, umiemy patrzeć na codzienność tylko przez pryzmat dramatycznego kontrastu bieli i czerwieni. Coś między bielą poddania i czerwienią rewolucji. Tak, tak – weksykolodzy już grzmią, że nadinterpretuję i dorabiam domorosłą ideologię. Ale ja nie piszę pracy naukowej. Wolno mi.
Dlatego przyznam się, że ten trzeci – zielony – kolor węgierskiej flagi najbardziej lubię. Tej zieleni brakuje mi tu – w kraju. Zauważcie, że węgierskich flag jest nad Dunajem na co dzień tak jakby więcej, niż u nas polskich. Piszę na co dzień, bo oczywiście u nas wszystkim świętom (złośliwy może dodać „i Wszystkim Świętym”) też towarzyszy narodowa flaga ze swoją bielą i czerwienią. Jednak czy owijamy flagą krakowską suchą lub polędwicę sopocką? Mam wrażenie, że u nas narodowe kolory służą wyłącznie wzniosłym celom, tymczasem na Węgrzech po prostu są na co dzień. Nie tylko od święta.
Dlatego gdy widzę czerwień, biel i zieleń na salami lub gyulai kolbasz, to nabieram takiej symbolizowanej przez tę zieleń nadziei, że będzie dobrze. Czego wszystkim Węgrom życzę.

Kupka na basenie

Dzisiaj będzie o kupce. No, nie dosłownie. Nie o psiej, a tym bardziej ludzkiej, więc można ten tekst czytać przy jedzeniu. O co więc chodzi z tą kupką?

Podczas każdych węgierskich wakacji siedzimy sobie na basenach i chcąc nie chcąc dyskretnie patrzymy co robią inni, na przykład co robią gdy wstają z kocyków na trawie i chcą wejść do wody. Otóż robią kupki. Ech, znowu te skojarzenia. Robią KUPKI Z UBRAŃ.

No co w tym dziwnego. Dla Polaka jest dziwne, że Węgrzy robią te kupki z ubrań i toreb – zostawiają je i idą się kąpać na 15 minut, pół godziny, na godzinę. A ubrania i torby sobie leżą. Leżą przez nikogo nie pilnowane, ot tak po prostu leżą. Jaki jest naturalny odruch myślowy Polaka?

- A tego nikt nie ukradnie? – pomyśli. Przyznajcie się, że taka myśl przynajmniej raz przyszła Wam do głowy. Bo ja się przyznaję.

I tu chyba jest różnica w myśleniu polskim i węgierskim. W myśleniu, które u Polaka zakłada wersję ekstremalną. Zostawię. To ktoś może ukraść. Że nie ma tam nic cennego, ja to wiem, ale złodziej może nie wiedzieć. Więc na wszelki wypadek niech jedno z nas zostanie przy ciuchach, a reszta idzie się kąpać. Tymczasem Węgrzy po prostu idą wszyscy do wody.

Oczywiście nie chcę idealizować. Na Węgrzech też są „zsebtolvaje”, sam widziałem ich działanie w budapesztańskim autobusie. Na basenach też zapewne nikt nie zostawia pliku forintów na kocyku. Widać to chociażby po wodoszczelnych pojemniczkach noszonych na szyi.

Jednak mimo wszystko na Węgrzech widać większe wzajemne ZAUFANIE. Coś co w Polsce ograniczyło się do kręgu rodziny i przyjaciół, na Węgrzech zdaje się być realnie stosowane także wobec wcześniej nieznanych osób. Takie dwa przykłady z tegorocznych wakacji. Nocowaliśmy w dwóch różnych miastach, w dwóch różnych kwaterach. I tak się złożyło, że w obu wypadkach gospodarze nam po prostu zaufali. W pierwszym przypadku gdy wieczorem podczas burzy znaleźliśmy przypadkiem ich kwaterę (bez wcześniejszego kontaktu, bo pojechaliśmy „w ciemno”), zostawili nas w pełnym fajnych ludowych bibelotów domku, pozostawiając formalności na następny dzień. Podobnie w drugim miejscu, gdy przyjechaliśmy wieczorem, wprawdzie po zapowiedzi telefonicznej, ale bez podawania naszych jakiekolwiek danych, czekała na nas kwatera, bo gospodarze pojechali imprezować na jakieś wesele. Następnego dnia wpadli tylko zapytać, czy wszystko OK, a formalności i opłatę załatwiliśmy dopiero przy naszym wyjeździe. Mieszkający w tym samym domu Polacy też byli zdziwieni, że gospodarze tak ufają – jak by nie patrzeć – obcym.

Ktoś powie, że to nie tak, że w Polsce też zdarzają się takie przypadki, że nie można uogólniać. Na pewno zdarzają się, ale czy nie można uogólniać. A dlaczego nie? Dlaczego nie powiedzieć wprost, że generalnie na Węgrzech czuję się bezpieczniej. Nie tylko ja. Takie opinie już były na forum. Może po prostu Węgrzy bardziej niż my ufają sobie nawzajem. Może dużo mniej Węgrów ma przykre doświadczenia, bo z czego bierze się utrata zaufania, jak nie ze złych doświadczeń.

A wracając do kupki na basenie. Podczas tegorocznego wyjazdy my też zaczęliśmy zostawiać podręczne torby i ubrania na kocyku i chodziliśmy wszyscy się kąpać. Zabieraliśmy tylko dokumenty i pieniądze. Tak na wszelki wypadek.

 

 

W piwnicznej izbie

Nie piję alkoholu.
- No, cóż biedny człowiek. Nie wie ile traci – powie ktoś, albo przynajmniej pomyśli .
- Jaki tam biedny, nie są mi potrzebne sztuczne wspomagacze nastroju. Jestem naturalny, cieszę się świadomie i dobrze mi z tym – odpowiem albo przynajmniej pomyślę. Zawsze tak odpowiadałem. Szczerze odpowiadałem. Słowo harcerza.

 

Ale coś mnie męczy, że to nie tak, że czegoś zazdroszczę tym którzy piją. Nie wszystkim. Nie zazdroszczę wujkom, szwagrom i pociotkom na polskim weselu w lokalu „Pod brzozami” (mój ulubiony cytat: „Noooo, z nami się nie napijesz!!!”). Nie zazdroszczę sąsiadom podjeżdżającym pod okoliczny sklepik z kontenerkami pustych butelek i wymieniających te puste na pełne z „Lechem”, „Tyskim’, czy modnym ostatnio „Kasztelanem”. Powiem od razu. Dla mnie w Polsce w ogóle może nie być alkoholu.

A na Węgrzech? A na Węgrzech są piwniczki. I to mnie męczy. Męczy z wielu powodów.
- Bo stojące tam beczki dają świadectwo naturalności powstającego tam wina. Bez sztucznych dodatków, które są zapewne dodawane do win stojących na sklepowych półkach, nie mówiąc już o przemysłowej proweniencji każdej butelki piwa.
- Bo te piwniczki same w sobie są prawdziwe, z wykutymi w skale półkami i stołami, z pleśnią na skalnych ścianach.
- Bo do piwniczki przychodzą ludzie, którzy chcą przy winie spędzić miło czas, a nie tylko się znieczulić. No chyba, że są to polscy turyści w Dolinie Pięknej Panny.
- Bo jest coś takiego w węgierskiej kulturze picia w przeciwieństwie do polskiej kultury (a może lepiej ”kultury”) picia, co nie odstręcza. Bardzo rzadko widziałem Węgrów pijanych, a chyba nigdy nie widziałem Węgra u którego po wypiciu budzi się agresja.

Widząc takie winne piwniczki, najczęściej u podnóża Gór Bukowych, bo w tamtym rejonie zazwyczaj mamy naszą „bazę”, zastanawiam się nad jedną sprawą. Co byłoby z tymi piwniczkami, gdyby znajdowały się one w Polsce. I myślę, że są tylko dwie ewentualności. Albo taka piwniczka byłaby zaopatrzona w dodatkowe kraty, sztaby, super-odporne kłódki, kto wie, być może także alarm i monitoring albo … już by jej nie było, bo ktoś by się włamał wynosząc pełne beczki lub przelewając ich zawartość do kanistrów.
Czy to zbyt pesymistyczna wizja? Nie sądzę, wiedząc co w Polsce pada łupem złodziei nie mam złudzeń, że wolno stojąca, czasem z dala od domów piwniczka wypełniona alkoholem, wcześniej lub później wpada w oko włamywaczom.

I dlatego tak wzdycham do węgierskich piwniczek, nawet wtedy gdy wszyscy inni piją wino, a ja smakuję i wdycham bukiet mojej ulubionej białej … Traubisody. Bo urok węgierskich piwniczek nie odnosi się tylko do zawartości kieliszka.

 

 

Basenowe klimaty

W Polsce są baseny i na Węgrzech są baseny. Czym się różnią? Pytanie banalne. Różnic ogrom. W Polsce jest ich mniej, na Węgrzech dużo więcej. Tu są droższe, tam są tańsze. Można tak wymieniać, ale mnie zaskakuje zawsze inna różnica.

Kogo widzimy na polskich basenach? No, wszystkich – można powiedzieć – dorosłych i dzieci.
- Dzieci, to wiadomo, ale jakich dorosłych? – ktoś zapyta.
I zaraz możemy odpowiedzieć, że ojców, matki tych dzieci, czasem tychże ojców i matki bez dzieci.
– A babcie i dziadków? – drąży ktoś dociekliwy.
- Babcie i dziadków czasami też – odpowiemy - szczególnie tych drugich, gdy przyszli na basen pilnować szalejących w wodzie wnuków, bo średnie pokolenie zapewne pracuje.

Ale jak często widzimy ma polskich basenach babcie i dziadków tak zupełnie samych, gdy przyszli popływać i wymoczyć stare kości? Rzadko, bardzo rzadko. Gdzieś przemykają, czasem trochę jakby zawstydzeni, że zajmują basen należny młodym. I to właśnie jest ta różnica, która mnie szczególnie uderza na węgierskich basenach.
Na Węgrzech starsze panie i starsi panowie są pełnoprawnymi gości basenów. Oczywiście głównie basenów termalnych, gdzie w ciepłych, mętnych wodach mogą się przy okazji podleczyć. Starsze osoby traktują wizytę na basenach jako coś oczywistego. Nie mają przypisanego polskim emerytom wstydu zajmowania miejsca młodym.

Częściowo jest to obiektywnie zrozumiałe. Multum leczniczych basenów w niemalże co drugim węgierskim miasteczku, jak się ma do garstki leczniczych polskich wód, ale to nie tylko sprawa liczby miejsc. To także sprawa tradycji, zwyczaju chadzania na baseny, pomoczyć się, ale i spotkać znajomych, porozmawiać. Chyba w każdym przewodniku po Węgrzech jest fotografia starszych panów, czasem w śmiesznych chusteczkach na głowie, którzy grają lub kibicują grającym w szachy stojąc w wodzie.

Ja mam zrobione przez siebie zdjęcie na basenach w Demjen, na którym to zdjęciu para starszych osób, zapewne małżeństwo, leży sobie w wodzie, a ponieważ rozpadał się wtedy ogromny deszcz, tak po prostu wyjęli parasol i siedzą w wodzie. Koniecznie chciałem zrobić im to zdjęcie. Nie mam fotograficznego talentu, więc wyszło fatalnie, bo na pierwszym planie widać stalową poręcz. Jednak nie o poręcz chodzi, ale o zadowolone starsze osoby, które po prostu przyszły sobie na baseny. Zapewne przychodzą tak od dawna, skoro mieli ze sobą parasol, tak na wszelki wypadek.

Ja zamarzyłem sobie, żeby kiedyś tak, wtedy gdy my trzydziesto-, czterdziestolatkowie będziemy już na emeryturach można było iść sobie na basen, wejść z małżonkiem płci przeciwnej do wody i siedzieć w niej grzejąc stare kości.

Czy tak w Polsce kiedyś będzie? Nie wiem. Na Węgrzech od dawna tak jest.
I dlatego tak lubię węgierskie klimaty.