Kupka na basenie

Dzisiaj będzie o kupce. No, nie dosłownie. Nie o psiej, a tym bardziej ludzkiej, więc można ten tekst czytać przy jedzeniu. O co więc chodzi z tą kupką?

Podczas każdych węgierskich wakacji siedzimy sobie na basenach i chcąc nie chcąc dyskretnie patrzymy co robią inni, na przykład co robią gdy wstają z kocyków na trawie i chcą wejść do wody. Otóż robią kupki. Ech, znowu te skojarzenia. Robią KUPKI Z UBRAŃ.

No co w tym dziwnego. Dla Polaka jest dziwne, że Węgrzy robią te kupki z ubrań i toreb – zostawiają je i idą się kąpać na 15 minut, pół godziny, na godzinę. A ubrania i torby sobie leżą. Leżą przez nikogo nie pilnowane, ot tak po prostu leżą. Jaki jest naturalny odruch myślowy Polaka?

- A tego nikt nie ukradnie? – pomyśli. Przyznajcie się, że taka myśl przynajmniej raz przyszła Wam do głowy. Bo ja się przyznaję.

I tu chyba jest różnica w myśleniu polskim i węgierskim. W myśleniu, które u Polaka zakłada wersję ekstremalną. Zostawię. To ktoś może ukraść. Że nie ma tam nic cennego, ja to wiem, ale złodziej może nie wiedzieć. Więc na wszelki wypadek niech jedno z nas zostanie przy ciuchach, a reszta idzie się kąpać. Tymczasem Węgrzy po prostu idą wszyscy do wody.

Oczywiście nie chcę idealizować. Na Węgrzech też są „zsebtolvaje”, sam widziałem ich działanie w budapesztańskim autobusie. Na basenach też zapewne nikt nie zostawia pliku forintów na kocyku. Widać to chociażby po wodoszczelnych pojemniczkach noszonych na szyi.

Jednak mimo wszystko na Węgrzech widać większe wzajemne ZAUFANIE. Coś co w Polsce ograniczyło się do kręgu rodziny i przyjaciół, na Węgrzech zdaje się być realnie stosowane także wobec wcześniej nieznanych osób. Takie dwa przykłady z tegorocznych wakacji. Nocowaliśmy w dwóch różnych miastach, w dwóch różnych kwaterach. I tak się złożyło, że w obu wypadkach gospodarze nam po prostu zaufali. W pierwszym przypadku gdy wieczorem podczas burzy znaleźliśmy przypadkiem ich kwaterę (bez wcześniejszego kontaktu, bo pojechaliśmy „w ciemno”), zostawili nas w pełnym fajnych ludowych bibelotów domku, pozostawiając formalności na następny dzień. Podobnie w drugim miejscu, gdy przyjechaliśmy wieczorem, wprawdzie po zapowiedzi telefonicznej, ale bez podawania naszych jakiekolwiek danych, czekała na nas kwatera, bo gospodarze pojechali imprezować na jakieś wesele. Następnego dnia wpadli tylko zapytać, czy wszystko OK, a formalności i opłatę załatwiliśmy dopiero przy naszym wyjeździe. Mieszkający w tym samym domu Polacy też byli zdziwieni, że gospodarze tak ufają – jak by nie patrzeć – obcym.

Ktoś powie, że to nie tak, że w Polsce też zdarzają się takie przypadki, że nie można uogólniać. Na pewno zdarzają się, ale czy nie można uogólniać. A dlaczego nie? Dlaczego nie powiedzieć wprost, że generalnie na Węgrzech czuję się bezpieczniej. Nie tylko ja. Takie opinie już były na forum. Może po prostu Węgrzy bardziej niż my ufają sobie nawzajem. Może dużo mniej Węgrów ma przykre doświadczenia, bo z czego bierze się utrata zaufania, jak nie ze złych doświadczeń.

A wracając do kupki na basenie. Podczas tegorocznego wyjazdy my też zaczęliśmy zostawiać podręczne torby i ubrania na kocyku i chodziliśmy wszyscy się kąpać. Zabieraliśmy tylko dokumenty i pieniądze. Tak na wszelki wypadek.

 

 

Basenowe klimaty

W Polsce są baseny i na Węgrzech są baseny. Czym się różnią? Pytanie banalne. Różnic ogrom. W Polsce jest ich mniej, na Węgrzech dużo więcej. Tu są droższe, tam są tańsze. Można tak wymieniać, ale mnie zaskakuje zawsze inna różnica.

Kogo widzimy na polskich basenach? No, wszystkich – można powiedzieć – dorosłych i dzieci.
- Dzieci, to wiadomo, ale jakich dorosłych? – ktoś zapyta.
I zaraz możemy odpowiedzieć, że ojców, matki tych dzieci, czasem tychże ojców i matki bez dzieci.
– A babcie i dziadków? – drąży ktoś dociekliwy.
- Babcie i dziadków czasami też – odpowiemy - szczególnie tych drugich, gdy przyszli na basen pilnować szalejących w wodzie wnuków, bo średnie pokolenie zapewne pracuje.

Ale jak często widzimy ma polskich basenach babcie i dziadków tak zupełnie samych, gdy przyszli popływać i wymoczyć stare kości? Rzadko, bardzo rzadko. Gdzieś przemykają, czasem trochę jakby zawstydzeni, że zajmują basen należny młodym. I to właśnie jest ta różnica, która mnie szczególnie uderza na węgierskich basenach.
Na Węgrzech starsze panie i starsi panowie są pełnoprawnymi gości basenów. Oczywiście głównie basenów termalnych, gdzie w ciepłych, mętnych wodach mogą się przy okazji podleczyć. Starsze osoby traktują wizytę na basenach jako coś oczywistego. Nie mają przypisanego polskim emerytom wstydu zajmowania miejsca młodym.

Częściowo jest to obiektywnie zrozumiałe. Multum leczniczych basenów w niemalże co drugim węgierskim miasteczku, jak się ma do garstki leczniczych polskich wód, ale to nie tylko sprawa liczby miejsc. To także sprawa tradycji, zwyczaju chadzania na baseny, pomoczyć się, ale i spotkać znajomych, porozmawiać. Chyba w każdym przewodniku po Węgrzech jest fotografia starszych panów, czasem w śmiesznych chusteczkach na głowie, którzy grają lub kibicują grającym w szachy stojąc w wodzie.

Ja mam zrobione przez siebie zdjęcie na basenach w Demjen, na którym to zdjęciu para starszych osób, zapewne małżeństwo, leży sobie w wodzie, a ponieważ rozpadał się wtedy ogromny deszcz, tak po prostu wyjęli parasol i siedzą w wodzie. Koniecznie chciałem zrobić im to zdjęcie. Nie mam fotograficznego talentu, więc wyszło fatalnie, bo na pierwszym planie widać stalową poręcz. Jednak nie o poręcz chodzi, ale o zadowolone starsze osoby, które po prostu przyszły sobie na baseny. Zapewne przychodzą tak od dawna, skoro mieli ze sobą parasol, tak na wszelki wypadek.

Ja zamarzyłem sobie, żeby kiedyś tak, wtedy gdy my trzydziesto-, czterdziestolatkowie będziemy już na emeryturach można było iść sobie na basen, wejść z małżonkiem płci przeciwnej do wody i siedzieć w niej grzejąc stare kości.

Czy tak w Polsce kiedyś będzie? Nie wiem. Na Węgrzech od dawna tak jest.
I dlatego tak lubię węgierskie klimaty.