Lista osobista

A jak ABC – Węgierskie sklepy w których zawsze znalazłem coś dobrego. Kiedyś wydawało mi się, że były tam rzeczy, które w Polsce można było dostać tylko w Peweksie. Teraz wiem, że w węgierskich ABC są rzeczy, których w Polsce nigdzie się nie dostanie. Nie dlatego, że Peweksów już nie ma, ale dlatego, że żaden polski spożywczak nie sprzedaje „Traubisody” (patrz pod „T”) i „Turo Rudi”.

B jak Budapeszt – Najpiękniejsza stolica jaką znam. Miasto secesji, mostów na Dunaju i wspomnień z młodości. W zasadzie miejscom w Budapeszcie mógłbym poświęcić odrębny alfabet, ale to może innym razem. Tymczasem zapraszam do litery „K”.

C jak Cserepfalu – Mała wioska w pobliżu Mezokovesd, u stóp Gór Bukowych. Zbocza z winnicami i nierozerwalnie z nimi związanymi winnymi piwniczkami wykutymi w skałach. Podobnie wykute w skałach mieszkalne jaskinie „Kis America”. I ta wieczorna cisza, która na przeciętnym mieszczuchu przyzwyczajonym do wszechobecnego hałasu robi piorunujące wrażenie.

D jak Demjen – Nasze ulubione kąpielisko. Nie ogromne, nie mające największej liczby atrakcji, ale najsympatyczniejsze i mające wszystko to co potrzeba. Ach, gdyby tak na starość można było tam mieszkać i moczyć kości w takim termalnym basenie z widokiem na wzgórza.

E jak Eger – Miasto wina, basenów i zamku na wzgórzu skąd roztacza się wspaniały widok na leżące w dole kamienice i egzotyczny minaret, na który już na pewno nie wejdę, bo sam widok fotografii barierek na jego szczycie powoduje lęk wysokości.

F jak forum  - Miejsce gdzie spotkałem wielu Starych Znajomych, chociaż nikogo z Was osobiście nie jeszcze nie widziałem. Jedno z niewielu miejsc w internecie, gdzie wchodzę nie z obowiązku, ale dla przyjemności.

G jak „Gulasz z Turula” – Jedyna książka jaką w dorosłym życiu czytam przynajmniej raz do roku. W dzieciństwie dotyczyło to książek Niziurskiego, czy Nienackiego. Teraz zastąpił ich Krzysztof Varga. Czytam „GzT” także dlatego, że odnajduję tam moje znajome miejsca, a wartością dodaną jest to jak zostały one opisane. 

H jak Hajdunanas – Dlaczego nie Hajduszoboszlo? Bo to spokojne miasteczko na węgierskiej prowincji z sympatycznym zespołem basenów, wolę od hałaśliwego i pełnego turystów Haj-lo, w którym większość tych turystów nie widzi potrzeby nauczenia się po węgiersku „dzień dobry” i „dziękuję”. Wolę tak bardzo, że w Haj-lo jeszcze nie byłem i nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek tam pojadę. A do Hajdunanas z chęcią zajrzę po raz kolejny, chociażby na jeden dzień, aby poczuć wolniejsze tempo życia.

I jak idojaras – Czyli pogoda. Mam wrażenie, że na Węgrzech jest lepsza pogoda, niż w Polsce. Myślę o tej pogodzie wyrażonej na skali barometru i termometru i o pogodzie ducha.

J jak język węgierski – Chyba nigdy się go dobrze nie nauczę. Ale i tak mam satysfakcję, że dzięki tym słowom, które znam, ja lepiej rozumiem Węgrów, a oni lepiej rozumieją mnie. Dosłownie i w przenośni.

K jak Kobanya – Ta dzielnica jest mi najbliższa, bo był czas kiedy pomieszkiwałem na Halom koz, niedaleko Halom utca, w normalnym węgierskim bloku wśród Węgrów. Chodziłem do parku Czajkowskiego, a codzienne zakupy robiłem w zwyczajnym osiedlowym „ABC” przy Zalka Mate ter. A spośród ówczesnych marketów najbardziej lubiłem „Sugar” położonym na północnej granicy tej dzielnicy przy Ors Vezer ter. Ech … wspomnienia.

L jak lato – Dla mnie kojarzy się z wyjazdem na Węgry. Wszystkie inne wakacyjne wycieczki i pobyty, to tylko uzupełnienie.

M jak Mezokovesd – A w zasadzie Zsory, czyli dzielnica letniskowa w tym miasteczku. Najczęstsza baza w czasie węgierskich wyjazdów. Domki przy prostokątnej siatce maleńkich uliczek (patrz „U”), po których obok rzadko jeżdżących samochodów poruszają się czterokołowe rowerowe pojazdy z tamtejszej wypożyczalni. Tempo życia jest tam inne, bo nikt się spieszy.

N jak nehez – Czyli „trudny, trudna, trudne”. Tego słowa używam często, gdy tłumaczę się, że ciężko mi wymówić jakieś słowo. Gdy jeszcze dodam słowo „sajnos”, to Węgrzy ze zrozumieniem kiwają głowami. Ale doceniają, że przynajmniej się staram.

O jak owoce – Dodam jeszcze warzywa. Z owoców przede wszystkim arbuzy (patrz także pod „V”), z warzyw papryka (patrz pod „P”). Niby większość z nich można spotkać w Polsce, ale na Węgrzech jakoś inaczej smakują. Nigdy nie wiem, czy to obiektywna kwestia kubków smakowych, czy subiektywna kwestia wakacyjnego nastroju.

P jak papryka – Papryka to Węgry. Jest nawet polskie zagłębie paprykowe pod mazowieckimi miejscowościami: Przysuchą i Potworowem. Ale i tak dla mnie prawdziwa papryka jest tylko węgierska. Pod różnymi postaciami. Słodka i ostra, a najlepsza jest ta półostra, podłużna seledynowa. Świeża i w słoikach, tu najlepsza jest nieduża, okrągła, marynowana.

R jak Rendorseg – Czyli tamtejsza Policja. Z jednej strony zawsze z niepokojem patrzę na węgierskie radiowozy, czy przypadkiem nie chcą mnie zatrzymać, bo o wysokości mandatów krążą legendy. Jednak z drugiej strony nie czuję z ich strony ewentualnej nieobliczalności, czy też nawet złośliwości, z której w internetowej rzeczywistości jest znana chociażby policja czeska i słowacka. Na razie nie miałem spotkać się oko w oko z węgierskimi policjantami. No i może niech tak zostanie.

S jak salami – W zasadzie nawet nie bardzo lubię. Ale głównie dotyczy to polskich zamienników. Bo tamtejsze oryginalne salami smakuje i pachnie całą swoją węgierskością. Gdy jeszcze długo po przyjeździe ukroję plasterek, to wracają wspomnienia.

T jak Traubisoda – Moja płynna słabość. Niby tylko winogronowy napój gazowany, a jednak to coś więcej. Kiedyś w szklanej półtoralitrowej butelce zamykanej metalowym kapslem, teraz zunifikowana w PET-plastiku z nakrętką. Pojawiła się w ciemnym kolorze, a także dietetyczna ze słodzikiem. Ale dla mnie i tak najlepsza jest ta tradycyjna – jasna, z niezdrowym cukrem. Bez Traubisody nie ma wakacyjnych kolacji (patrz „V”).

V jak vacsora – Czyli Kolacja. Najważniejszy wakacyjny węgierski posiłek. Śniadania są szybkie, bo przyjeżdża się po to aby zwiedzać, czyli trzeba szybko wyjść. Obiad, to najczęściej przekąska gdzieś po drodze lub na basenach. A kolacja, to zwieńczenie dnia. Warianty są dwa: wyjściowy (to najczęściej w zasadzie obiadokolacje), w którejś z knajpek lub domowy z obowiązkowym zestawem: pszenne pieczywo, paprykowe wędliny, papryka we wszelkiej postaci, Traubisoda do picia i arbuz na deser. Nieeeeebooooo w gębie.

U jak ulica, utca – W obu językach na „U”. Mam swoje ulubione w małych miasteczkach i w dużym Budapeszcie. Te pierwsze są w Mezokovesd, Tokaju, czy maleńkim Cserepfalu, te drugie są w różnych dzielnicach stolicy. Nie sposób ich wszystkich wymienić, ale jedną muszę. To Wesselenyi utca w VII dzielnicy. Dla mnie żywe muzeum węgierskiej historii: ślady żydowskiej obecności, secesyjne elementy, kamienice pamiętające CK Monarchię.

W jak wino – Nie piję alkoholu. Tak sobie kiedyś postanowiłem. Ale gdy czytam wpisy forumowych Ekspertów od wina, to dochodzę do wniosku, że węgierskie wino, to nie jest taki sobie napój z kilkunastoma procentami służącymi do poprawy nastroju. To część węgierskiej historii, tradycji i kultury. A jeszcze te wykute w skałach piwniczki z beczkami. Według niektórych może popełniam bluźnierstwo, ale napiszę, że trochę Was miłośników wina rozumiem, bo moja ulubiona Traubisoda też jest z winogron.

X jak X muza – Zaskakująco dużo jest związków polskiego i węgierskiego kina. Polscy aktorzy grający w węgierskich filmach. Marta Meszaros, to prawie pół-Polka. Są węgierskie akcenty w polskich komediach („Czterdziestolatek”, „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”, CK Dezerterzy” ). Ale dla mnie synonimem węgierskiego kina jest Miklos Jancso i jego filmy o trudnej, węgierskiej historii. I te ujęcia bezkresnych równin puszty, na tle których rozgrywają się ludzkie dramaty.

Z jak zene – Czyli muzyka. Nie mam swojego ulubionego zespołu. Chyba nawet nie potrafię wymienić żadnego węgierskiego przeboju, oczywiście oprócz „Dziewczyny o perłowych włosach”. Ale gdy włączę w samochodowym odtwarzaczu płytę z węgierskim czardaszami, to odżywają wszystkie przyjemne wspomnienia.

Region Badacsony

Wyróżniajace się w północnej części Balatonu, w basenie Tapolcy góry (Badacsony, Szent-György hegy, Szigliget, Tóti-hegy, Gulács, Csobánc, Abrahámhegy), bazalty pochodzenia wulkanicznego i falujące przy brzegu lustro jeziora wspólnie z otaczającym je krajobrazem są jednym z najlepszych i najciekawszych miejsc na świecie, które przyciąga tysiące turystów.

Wina tego regionu w doskonały sposób reprezentują warunki tej wspaniałej okolicy. Szlak Wina na Wyżynie Wulkanów, która od tysiącleci jest ojczyzną winogrona i wina, a w której według dawnych wierzeń dalej płonie ogień wygasłych wulkanów. Chłodne, zagadkowe piwnice na zboczach gór kryją „łzy wulkanów”.

Festiwal Winobrania w Badacsony jest imprezą regionalną znaną również na całym świecie, która u turystów wywołuje specyficzne przeżycia.

całkowity obszar regionu 4263 ha
według ewidencji gmin winnych 1790 ha
ilość miejscowości wchodzących w skład regionu 16

Już kilka tysięcy lat temu na tym obszarze kwitła kultura winogron. Klimat jest umiarkowany, bez skrajności. Niskie temperatury nie powodują szkód w plantacjach. Lata nie są gorące, ani zimy nie są zbyt srogie.

Na polach uprawnych przeważają gleby brunatne i gliniaste brunatne. Na bazaltowym podłożu ukształtowały się gleby zawierające substancje odżywcze z dużą ilością potasu, magnezu i mikroelementów. W regionie tym uprawia się niemal wyłącznie gatunki winogron białych (99%). Wśród 16 gatunków win produkowanych tutaj są wina tradycyjne (Kéknyelű, Olaszrizling, Szürkebarát), gatunki międzynarodowe (Chardonnay, Sauvignon, Rajnai rizling, Pinot blanc), a także nowsze, uszlachetnione gatunki (Zenit). Wśród gatunków winogron czerwonych mamy tu Cabernet Sauvignon, Pinot noir i Kékfrankos. W regionie produkuje się wina pełne aromatyczne o wybornym kwaskowym smaku. Wśród tych gatunków niemal w 70% produkowany Olaszrizling jest nadzwyczaj dobrze skomponowany, o posmaku gorzkich migdałów. Sprzedaje się również Szürkebarát ma intensywny i trwały aromat i często występuje w wersji na słodko. Znane wino Kéknyelű ma jałowy, gorzki, kwaskowy charakter.

Region Balatonfüred-Csopak

Wspaniała okolica przyciąga tysiące turystów. W regionie tym działają 4 stowarzyszenia wina pomagające gościom w orientacji. Jednoczą one producentów, ujednoliciły zasady próbowania wina, zbytu wina i przyjmowania gości. Nadany przez nich znak ochronny oznacza gwarancję jakości na wysokim poziomie.

Turyści obok wybornego wina mogą rozkoszować się naturalnymi, o historycznym znaczeniu, specjałami i panoramą Balatonu. „Najładniejsza piwnica Wyżyny Balatonu” – takim tytułem może się poszczycić gospodarz z Csopak. Ciekawostką Balatonfured i okolic jest to, że do poszczególnych piwnic można dostać się kolejką.

Jest to jeden z regionów wyróżniających się wybornym winem, gdzie uprawa winorośli i wyrób wina liczy prawie 2000 lat. O początkach kultury winogron na Węgrzech świadczą zabytki piśmienne.Zaczęła się jeszcze w czasach celtyckich, po których przyszli Rzymianie, a potem Awarowie.

Ten historyczny region winny znajduje się w północno-wschodniej części Balatonu, od Alsóors do Zanka, gdzie równolegle do jeziora ciągnie się pasmo gór. Znaczenie Balatonfured wzrosło, kiedy stało się własnością Opactwa Tihany w 1211 roku. Poziom, na jakim znalazła się kultura winogron i piwnice zawdzięczano księżom i zakonnikom, którzy pracowali na to kilkadziesiąt lat zapobiegając tym samym rozwojowi innych regionów. W czasach panowania Turków zaniechano uprawy, zaś w XVIII w. ponownie nastąpił jej rozwój. Natomiast w XIX w.  Balatonfured stało się najważniejszym miastem Balatonu, gdzie organizowano wykwintne bale z okazji świąt państwowych, na których bawiono się popijając doskonałe wina białe. Dzisiaj jest ono centrum regionu, a od 1987 roku nosi tytuł „Międzynarodowego Miasta Winogron i Wina”

całkowity obszar regionu  6445 ha

według ewidencji gmin winnych  2143 ha

ilość miejscowości wchodzących w skład regionu 24

Od 1999 roku region składa się z 2 części: Balatonfured-Csopak (17 miejscowości) i Zanka (7 miejscowości). Klimat regionu jest umiarkowany, bez skrajności.Po stosunkowo łagodnej zimie wcześnie przychodzi wiosna. Lata nie są zbyt gorące, potem przychodzi jesień – zwykle długa, pogodna i sucha. Średnia roczna temperatura wynosi około 10C; ilość słonecznych godzin przekracza 2000. Na powierzchni Balatonu odbija się duża ilość promieni słonecznych, co wywiera korzystny wpływ na klimat, powodując, że w okolicy jeziora jest on śródziemnomorski.

Gleby tego regionu są zróżnicowane. Ukształtowały się one na czerwonym piaskowcu z okresu permu, kamieniu wapiennym z triasu, dolomicie, bazalcie i tufie bazaltowym. Rendziny i gleby brunatne ukształtowały się na piaskach i glinie pannońskiej, a także na margieli i lessie. Czerwony kolor gleby występujący w Balatonfured i okolicy daje piaskowiec z okresu permu. Świadczy to o dużej zawartości tlenku żelaza.

Obecnie w obu częściach regionu w pierwszym rzędzie uprawia się gatunki winogrona białego takie jak: Olaszrizling, Chardonnay, wino muszkatułowe Ottonel, Rajnai rizling, Rizlingszilvani, Szurkebarat, Juhfark, Pinot blanc, Sauvignon, Tramini i Zenit. Na niektórych plantacjach, głównie w okolicach Tihany uprawia się gatunki dające wino czerwone (Cabernet franc i sauvignon, Kekfrankos, Merlot i Zweigelt). Wina tego regionu w porównaniu do win z Badacsony są nieco łagodniejsze, o wybornym zapachu, osobliwym aromacie. Wielu cechy te przypisuje zwłaszcza działaniom gleby.

 

Dzielnica zamkowa

Dzisiaj trochę więcej o Budzie, tej historycznej.
Po zajęciu ojczyzny – tym terminem (honfoglalás) na Węgrzech określa się osiedlenie się plemion madziarskich w dolinie Dunaju – Buda nie od razu była głównym ośrodkiem administracyjnym. Węgierscy władcy panowali z Székesfehérváru (który w swej nazwie ma wpisaną stołeczność), a Esztergom pełnił funkcję duchowej stolicy, ponieważ miała tam siedzibę głowa węgierskiego kościoła katolickiego.
Tabán
Jednakże Buda powstać musiała gdyż miejsce na zbudowanie tam warowni było idealne: między Wzgórzem Zamkowym a Górą Gellérta istnieje wyraźne obniżenie terenu, łagodnie schodzące do Dunaju. W tym miejscu przekraczały rzekę handlowe trakty biegnące z północy na południe i ze wschodu na zachód. Budowę umocnień i siedziby królewskiej rozpoczął w XIII wieku król Béla IV.

Dzisiejszy turysta na zamkowe wzgórze najłatwiej dostanie się z trójkątnego placu Kálmána Szélla. Jest to komunikacyjne centrum całego prawobrzeża: plątanina torów tramwajowych i mnogość przystanków mogą trochę skołować tych, Szél Kalman térktórzy są tu pierwszy raz. Wszyscy spieszą się i w swym pośpiechu trawersują plac na sto różnych sposobów. By trafić na autobus zdążający na Zamek, należy wybrać jeden z nich: na południowo-zachodnim boku trójkątnego placu wspiąć się po schodkach na ulicę Várfok i odnaleźć rząd, zwykle kilku, małych ikarusów. Numer nie ma znaczenia, bowiem mogą być one oznaczone rysunkiem baszty.

Wsiadamy i jedziemy podziwiając jak dzielnie to przeładowane maleństwo wspina się pod górę. Kiedy autobus minie szlaban wysiądźmy na pierwszym przystanku. Warto wtedy wrócić dwa kroki i rzucić okiem na bramę, którą przejechaliśmy.Bécsi kapu To Brama Wiedeńska (Bécsi kapu), tędy wybiegał trakt do Wiednia, miasta jakże ważnego w węgierskiej historii.
Patrząc na jej bryłę, na postać anioła, która upamiętnia odbicie w 1686 roku Budy z rąk tureckich, nie przypuszczacie zapewne, że brama ta ma niecałe 80 lat, bowiem została odbudowana na wzór i kształt dawnej budowli na kilka lat przed 2. wojną światową.

Od Bramy Wiedeńskiej w głąb budzińskiej starówki można dojść kierując się prosto ulicą Fortuna lub skośnie w lewo ulicą Tancsicsa. My wybierzmy trzecią możliwość: pójdźmy całkiem w prawo ulicą Nádor.Mária Magdolna torony Po chwili dojdziemy do placu Jana Kapisztrána, by zobaczyć wspomniane w pierwszym odcinku ruiny kościoła Marii Magdaleny z zachowaną wieżą.

Z placu pójdźmy w lewo ulicą Úri (u nas nazywałaby się Pańska), by trochę okrężną drogą dotrzeć do centralnego placu starówki. Okrężną dlatego, że zawadzimy o deptak Árpáda Tótha, skąd możemy rzucić okiem na panoramę Budy bez Budy. Pierwsze, co wpada w oko, to ukształtowanie terenu. Drugie – sporo zieleni. Krisztiná városArchitektonicznie Krisztináváros (tak nazywa się ta część miasta) nie rzuca na kolana. Nad dachem z kominami możemy dostrzec bryłę budynku dworca Południowego – zaskakująco nowoczesna, jak na wyobrażenia budapeszteńskich dworców.

Centralny, a może raczej – najatrakcyjniejszy turystycznie plac dzielnicy Zamkowej nazywa się Szentháromság tér (Świętej Trójcy), a swą nazwę wywodzi zapewne od kolumny stojącej na jego środku. Kolumnę św. Trójcy mieszczanie postawili w 1706 roku po epidemii dżumy, która dotknęła miasto. Szentháromság tér Niestety kilka lat później Budę nawiedziła kolejna. Wówczas postanowili postawić jeszcze okazalszą, a tę pierwszą przekazać do Újlak, dziś w granicach Budapesztu. Symbolikę religijną i odniesienia do zarazy można znaleźć na płaskorzeźbach pomnika.

Od placu św. Trójcy do Zamku Królewskiego jest jeszcze kawałek drogi. Dzisiaj tam nie pójdziemy, bo sporo do zobaczenia jest w bliższej okolicy. Kolumna morowa stoi bezpośrednio przed kościołem Macieja (nie świętego Macieja!), a w głębi obok kościoła – monumentalny pomnik pierwszego króla Węgier Stefana I Świętego. Obaj ci królowie to wybitne postaci z panteonu władców Węgier. Obaj cieszą się ważnym miejscem w pamięci swych rodaków.
Rzućmy okiem na postać króla Stefana.Szent István szobra Kiedy odwiedza się Budę w sezonie turystycznym, można zauważyć, że i król, i jego wierzchowiec mają cały czas towarzystwo. Tłumy turystów odwiedzają to miejsce głównie dla jego walorów widokowych, które gwarantują mury Baszty Rybackiej. Baszta ta nie jest budowlą obronną. Wzniesiona została w latach milenium węgierskiej państwowości, czyli u schyłku XIX wieku, na miejscu targów rybnych i murów dawniej bronionych właśnie przez cech rybaków budzińskich. Dzisiaj jest to znakomite miejsce widokowe, skąd podziwiać można panoramę Pesztu od wyspy Małgorzaty, aż po ledwie widoczne w perspektywie mosty Wolności i Petöfiego.

Tuż obok kościoła Macieja w latach siedemdziesiątych XX wieku wybudowano nowoczesny hotel Hilton. Sporo było przy tym dyskusji o celowości umieszczania nowoczesnej budowli pośród historycznej zabudowy,Halászbástya és Hilton zwłaszcza, że bryła hotelu miała częścią panoramy wzgórza Zamkowego.
Patrząc na stojące obok siebie i kościół, i hotel nie trudno dojść do wniosku, że architektom udało się nie wprowadzać szoku i zestawienie gotyku bryły kościoła z elegancką i prostą linią ścian hotelu nie razi. Tak to wygląda od strony Dunaju. A kiedy spojrzeć od ulicy Fortuna…Hilton
…można zachwycić się pomysłowością i smakiem projektantów. Mnie to się spodobało: nowoczesny hotel na ruinach dawnej świątyni – stał tu kościół św. Mikołaja – a jej część wykorzystana tak pomysłowo.

Budapeszt jest pięknym miastem. Każda w nim wizyta dostarcza mi sporej dawki przyjemności. Nie jestem sam…

Pierwowzór powyższego tekstu powstał kilka lat temu, jako część cyklu popularyzującego Budapeszt na innym, zupełnie nie tematycznym forum.

„Inny kraj, inny klimat”

„Inny kraj, inny klimat”

„Czujemy, że wjechaliśmy w inny kraj, inny klimat” – to zdanie ze „Szkiców piórkiem”, zapomnianego dziś emigracyjnego pisarza Andrzeja Bobkowskiego odnosi się wprawdzie do Francji, ale świetnie oddaje też moje odczucia, gdy mijam węgierską granicę.

Coś w tym jest, że każdy z nas ma jakąś wewnętrzną busolę, taki psychiczny GPS, który sygnalizuje nam, gdzie jesteśmy i czy tam gdzie jesteśmy czujemy się dobrze, czy źle. Czy lubimy to miejsce, czy też nie. Mam w moim mieście dzielnicę, która mnie odpycha, chociaż nic mnie z nią nie wiąże, żadne wspomnienia, żadne traumy, a jednak nie lubię tam jeździć. Podobnie jest z wakacyjnymi wyjazdami. Pamiętam chwalony przez przyjaciół ośrodek nad jeziorem, położony na szczęście niecałe 100 kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. Dlaczego na szczęście? Bo gdy przypadkiem znalazłem się tam przejeżdżając, poczułem, że to miejsce nie ma dla mnie korzystnego wpływu, jakoś denerwuje.

Staram się być realistą, nie ulegać modom i przesądom, a jednak myślę, że są zapewne nie odkryte przez naukę zakamarki ludzkiej psychiki, które potrafią odczytać dobrą, bądź złą aurę. Taką aurę czuję zawsze po minięciu węgierskiej granicy. Nie jestem typem obieżyświata, nie lubię podróży dla samej podróży. Oczywiście staram się w czasie wakacyjnych wyjazdów po drodze zobaczyć, to co może być ciekawe. Nie jeżdżę w nocy, bo uważam, że warto poświęcić ten jeden dzień wakacyjnego pobytu na miejscu, aby po drodze zobaczyć coś do czego nigdy nie pojedzie się jako do miejsca docelowego. Zawsze więc z zachwytem patrzę na polskie beskidzko-bieszczadzkie, czy słowackie tatrzańskie krajobrazy widziane z okien samochodu i czasem z krótkich przystanków na trasie.

A jednak, pomimo tych podróżnych atrakcji, od wyjazdu z domu towarzyszy mi delikatne uczucie „reisefieber”. Towarzyszy mi ono podczas większości dalszych, kilkusetkilometrowych, podróży służbowych. A w czasie wakacji czuję „reisefieber” podczas jazdy przez Polskę i Słowację, a niczym dotknięte czarodziejską różdżką mija w pierwszych węgierskich granicznych miejscowościach: Putnok, Tornyosnemeti, czy Satoraljauhely, w zależności od tego jaką trasą jedziemy. Sam zastanawiam się o czym to świadczy. Czy tylko o przeczuciu wakacyjnych przyjemności? Ale w takim razie dlaczego nie odczuwam poczucia odprężenia już od wyjazdu z domu. Żona powiedziała mi kiedyś, że dopiero po minięciu węgierskiej granicy staję się wiele bardziej uśmiechnięty. Coś w tym jest.

Coraz częściej na naszym Forum pojawia się poruszany przez różne osoby wątek marzenia o zamieszkaniu kiedyś na Węgrzech na mniej lub bardziej stały pobyt. Ja też łapię się coraz częściej na takich myślach. Jak miło by było tam zamieszkać. Zostawić polską rzeczywistość i przenieść się tam, gdzie przecież też są problemy: ekonomiczne trudności, polityczne przepychanki, narodowościowe spory, historyczne traumy. Jednak dla takiej osoby jak ja, napiszę w imieniu innych, jak MY – ewentualnych przybyszy z innego kraju, te wszystkie problemy byłyby zapewne nieco oddalone. Oczywiście takie decyzje nie są łatwe. Bieżąca rzeczywistość, wszelakie powiązania zawodowe, rodzinne, logistyczne, finansowe, itp. itd., powodują, że nie tak łatwo przenieść się na kilka lat, a może na całe życie, do innego kraju.

A jednak może warto nie tylko pomarzyć, ale spróbować planować taką życiową rewolucję. Jeśli nie uda się za rok, to może za dwa, może za pięć. Marzenia są po to aby starać się je realizować. A przynajmniej do nich dążyć.

„Inny kraj, inny klimat”. Węgry, chociaż leżą w odrobinę cieplejszej od Polski strefie, nie przyciągają nas chyba klimatem w sensie dosłownym. Zimą nie unikniemy tam zimna, dosięgną nas tam także wiosenne i jesienne chłody. Ale jest jeszcze ważniejsza od tej wyrażonej słupkiem rtęci na termometrze pogoda ducha.

Region Kunság

To największy region na Węgrzech. Obszar między Cisą a Dunajem przyciąga turystów bogatą ofertą (agroturystyka, jazda konna, polowanie, imprezy kulturalne przez cały rok). Tutejsze wina słusznie noszą nazwę „wina na każdy dzień”, ale w święta również można doznać rozkoszy kulinarnych. Stowarzyszenie Szlaku Wina jest wsparciem dla turystyki i kultury tego trunku. Dzięki niemu możemy poznać region i docenić jego walory. W sposób łatwy i przyjemny dowiemy się czegoś o winie białym i różowym w centrum regionu – Kecskemét, którego niezliczone zabytki są doskonałym punktem wyjścia na 4 strony świata dla wędrujących szlakiem wina.

całkowita powierzchnia regionu – 104962 ha
według ewidencji gmin winnych – 29544 ha
ilość miejscowości należących do regionu – 97

Historia uprawy winorośli w tym regionie sięga wieków średnich. Po najeździe tureckim i po wystąpieniu plagi filoksery nastąpił wielki rozkwit uprawy winogron i produkcji wina. Rozwój winnic na wielką skalę nastąpił w latach 1961-65.

Obecnie w skład regionu wchodzi 8 części. W okresie wegetacji jest ciepło, nasłonecznienie jest dobre. W okresie spoczynku, a także wiosną mróz może spowodować zniszczenia. Większość gleb piaszczystych jest wapienna, uboga w substancje odżywcze. Na najwyższych pagórkach gleba jest najlepsza, ale możemy też spotkać małe wydmy i piasek lotny. Region jest ubogi w opady. Za każdym razem trzeba się liczyć z suszą.

Dwie trzecie produkcji regionu to wyrób białego wina. Wśród nich są gatunki tradycyjne, ale dzisiaj uprawia się też takie gatunki jak Ezerjó, Kövidinka, Izsáki i nowsze – mrozoodporne (KunIeány, Bianca, Csilám, itp.); gatunki wyborne (Rajnai rizling, korzenne Cserszegi, Chardonnay, itp.). Niemal każdy gatunek winogron czerwonych można uprawiać w tym regionie, zwłaszcza dobrze znana Kiskörös Kadarka. Ale dzisiaj poszukiwane są też jeszcze inne gatunki win dobrej jakości.

Wina przygotowywane z tradycyjnych gatunków są zwykle lekkie i łagodne. Nieraz z takich gatunków jak Izsáki, , KunIeány itp. przygtowuje się doskonały szampan. Szczepy czerwonego winogrona dają aromatyczne, czerwone wino (Cabernet sauvignon i franc, Kékfrankos, Zweigelt, itp.)

 

Region Ászár-Neszmély

Plantacje na zboczach pasma gór Bakońskich, Wyszegradzkich, Gerecse i Vértes są pod ochroną. Można tu spotkać całe wyżyny porośnięte przez winogrona. Cudowna okolica przyciąga turystów. Wina wyprodukowane tutaj mają żywy, wyśmienity, kwaśny smak, przyjemnie intensywny aromat elegancki wygląd.

całkowity obszar regionu 7407 ha
według ewidencji gmin winnych 1485 ha
ilość miejscowości wchodzących w skład regionu 23

Prawdopodobnie pierwsze krzewy winorośli były uprawiane w czasach Cesarstwa Rzymskiego. W Średniowieczu kultura winogron kwitła w okolicy Neszmély i Dunaalmás, gdzie gościli tacy królowie jak Zygmunt, Władysław, Władysław V). W późniejszych latach dworska i pańszczyźniana uprawa winorośli i wyrób win zagwarantowała okolicy renomę. Obecnie wino produkuje się w dwóch oddzielnych rejonach Ászár (8 miejscowości) i Neszmély (15 miejscowości).

Warunki klimatyczne regionu są umiarkowane. Zimy nie są zbyt srogie, a lata zbyt gorące. Ilość opadów deszczu w tej okolicy jest optymalna. Różne typy gleb w tym regionie ukształtowały się na bazie lessu. Oprócz gleb brunatnych są tu również rędziny.

Wśród tradycyjnych win tego regionu należy wymienić : Ezerjó, białe wino Mézes, Budai zöld, Dinka-félék. Obecnie produkuje się tutaj wina znane na świecie (Chardonnay, Sauvignon, Szürkebarát) i kilka gatunków węgierskich win wybornych (Olaszrizling, Leányka i gatunki aromatyczne tj.: Tramini, korzenne wino Cserszegi, Királyleányka i Rizlingszilváni). W okolicy Ászár nadal produkuje się Ezerjó. W rejonie Neszmély na nowo odżywa uprawa winogron dających wino czerwone, a wśród nich na uwagę zasługuje Cabernet sauvignon.

Na czterech kółeczkach

Każdy wyjazd na Węgry, to zwiedzanie ciekawych miejsc, odwiedziny basenów, miłe obiadki i kolacyjki, zdjęcia na pamiątkę, itp., itd. A ja lubię coś jeszcze. Zakupy. Nie tylko te nietypowe zakupy pamiątek, ale też te zwykłe codzienne „jedzeniowe”. Dlaczego je lubię? Bo są inne niż te robione przez większą część roku na mazowieckiej ziemi. Oczywiście najbardziej charakterystyczne są małe sklepiki, często pod szyldem „ABC”, ale nawet markety kryją w sobie ciekawostki. W takim markecie jest cała masa sieciowych produktów, które zapewne spotkamy w każdym markecie tej marki na całym świecie. Ja szukam tego, co kojarzy mi się z węgierskimi smakami. Zapewniam Was, że trochę tego jest.

W większości miast i miasteczek jest charakterystyczny biały pawilon. Zapraszam Was na wycieczkę po „Tesco”, gdzie do pomocy bierzemy marketowy wózek na czterech, małych kółkach.

Chyba wszystkie markety „Tesco” mają swój stały rozkład regałów. Ja po minięciu bramek idę w prawo wzdłuż kas do regałów postawionych przy ścianie. Tam najczęściej są napoje. I oczywiście jest „Traubisoda”. To jest dla mnie ogromna zaleta „Tesco” w porównaniu do innych marketów, na przykład równie popularnego na Węgrzech „Spar-a”, gdzie „Traubisody” nie spotkałem. Obok tradycyjnej białej wersji tego napoju, od niedawna można kupić także wersję ciemną, moim zdaniem już nie tak dobrą. Biała też ma drugi wariant. W tym roku nie spojrzałem dokładnie na etykietkę i kupiłem dietetyczną wersję bezcukrową. Może i zdrowsza, ale smak już nie ten. Dla urozmaicenia biorę także „Fantę” o smaku malinowym lub wiśniowym – moim zdaniem lepsze od tradycyjnej pomarańczowej, a w Polsce takich nie spotkałem.

Idziemy dalej wzdłuż ściany do regału z pieczywem. Lubię białe, zapewne pszenne, delikatne pieczywo. Pasuje świetnie do kanapek, a oczywiście jeszcze bardziej do pikantnej zupy gulaszowej. Wzdłuż prostopadłej do regałów z pieczywem ściany są lady z mięsem i wędliną. Mięsa nie kupujemy, bo obiadów na wakacjach nie gotujemy i grilla też nie robimy, ale wędliny na pyszne węgierskie śniadanka i owszem, kupić trzeba! Do codziennych posiłków kupujemy na wagę. Te gotowe, głównie zapakowane salami ze środkowych regałów, wkładamy do koszyka przed wyjazdem, aby zabrać do Polski. Wracając do wędliniarskiego stoiska, to oczywiście kupujemy wszelkie paprykowe, cienkie kiełbasy i te grube, krojone w plasterki wędliny. Tutaj polecam szczególnie węgierski paprykowy salceson. Nie wiem jak to się stało, że kupiliśmy pierwszy raz, bo w kraju nikt z nas nie jest smakoszem polskiego odpowiednika, czy to białego, czy czarnego. Ale gdy już kupiliśmy węgierską, paprykową wersję, to jej delikatność nas smakowo oczarowała. Tak. Jak to przewrotnie nie brzmi, ale obecnie naszą najbardziej ulubioną węgierską wędliną jest ichni salceson.

Mamy pieczywo i wędlinę, ale brakuje dodatków. Pakujemy do wózka te przetworzone i świeże. Pierwsze muszą być dwa rodzaje. Większość rodziny uwielbia marynowane w słoikach papryczki, zarówno te ostrzejsze cienkie, jak i nieco łagodniejsze okrągłe, których chyba w ogóle nie ma w polskich sklepach. Wrzucamy też do wózka czerwone tubki z pastą paprykową, ja najbardziej lubię pastę „csipos”, która dla reszty rodziny jest zbyt ostra i wolą „csemege”. Na koniec sklepowej „wycieczki” stoiska z  warzywami i owocami. Warzywa, to pomidory (masło do pieczywa i  pomidory, to chyba jedyne produkty prawie identyczne z polskimi, piszę „prawie”, bo węgierskie pomidory jakoś nam bardziej smakują, niż polskie) oraz oczywiście papryka. Jeśli papryka, to z wakacjami kojarzy się nam podłużna około 15-20-centymetrowa w dwóch odmianach. Ta jaśniejsza w kolorze kości słoniowej jest łagodniejsza, seledynowa bardziej pikantna. Do śniadania nawet nie trzeba ich kroić. Można przegryzać między kęsami pieczywa i wędliny.

A co do owoców, to oczywiście musi być arbuz. Dzień bez arbuza, to na Węgrzech dzień stracony. Można go jeść zaraz po kupieniu, ale najlepszy jest po schłodzeniu w lodówce. Wraz z kolejnymi wyjazdami na Węgry zmienia się proporcja arbuzowych zakupów. Zamiast tych przydrożnych stoisk, coraz częściej wybieramy marketowe stoiska. Może to mało romantyczne, ale zbyt często te przydrożne arbuzy nie miały oczekiwanej od nich słodkości.

Gdy mamy już „Traubisodę” (uzupełnioną o inne napoje), pieczywo, paprykowe wędliny, papryczki w słoiku, tubce i w surowej postaci oraz arbuzową zieloną kulę, to możemy kierować się do kasy wrzucając po drodze batoniki „Turo Rudi”. Smacznego!

PS. Ktoś może powie na powyższy tekst „artykuł sponsorowany”, „promocja marki”, „lokowanie produktu”. Krótko mówiąc: tekst na zamówienie. Niech każdy myśli co chce. Ja dodam tylko na koniec, że nie macie co iść na podobne zakupu do polskiego sklepu tej marki, bo niczego co wrzucam do węgierskiego wózka tam nie dostaniecie. No, może tylko arbuzy, ale na pewno nie będą takie słodkie.

Gra w kolory

 

Nie lubię zimy. Z różnych powodów. Głównie dlatego, że nie lubię zimna. Nie lubię też zimy z racji jej bezbarwnej, białej monotonii.
Czekam zawsze na lato, na wakacje, na wyjazd na Węgry. Bo raz, że jest ciepło, a dwa, że lubię węgierskie kolory. One coś w sobie mają. Coś, czego nie ma w Polsce. I nawet nie chodzi o błękit wody w węgierskich basenach. Oczywiście są też żółtobrunatne, mętne wody basenów leczniczych, ale na nie jeszcze nie chodzę, chociaż tu i tam mnie czasem coś pobolewa. Patrzę na inne kolory, czasem te na rzeczach, których raczej z kolorami nie kojarzymy. Bo odbieramy te rzeczy zazwyczaj innymi zmysłami.
Pijemy coś i jemy czując smak. A ja obok smakowania patrzę też na te produkty i widzę ich kolory. Polską czerwoną lub żółtą słodką paprykę lubię tak sobie, już wolę tę czerwień palącej usta papryczki chili. Tymczasem na Węgrzech kupuję najczęściej pikantną, ale nie palącą cienką podłużną paprykę miłą dla podniebienia i dla oka w przepięknym jasnozielonym seledynie. Nie bladym, ale i nie kłującym w oczy. Bo ja się przyznam do czegoś. Ja lubię ZIELEŃ.
Ulubioną Traubisodę nalewam z ładnej zielonej butelki. Chociaż nie jest to już jak kilkanaście lat temu zieleń szmaragdowego szkła, ale taka bardziej zwykła plastikowa zieleń. Zwiedzając Węgry, przy drodze kupujemy zielone arbuzy. Lubię salami. Jeść i patrzeć na nie. Patrzę na tę niedookreśloną brązową brunatność skórki i jakąś ciemną odmianę czerwieni z białymi cętkami salamiego wnętrza.
A gdzie zieleń w salami? Jest, a jakże. Widać ją na salami. Te trójkolorowe paski węgierskiej flagi opasującej walcowaty kształt salami. I właśnie ta flaga sama w sobie budzi sympatię. Bo ma w sobie zieleń.
Zastanawiałem się że może my, w kraju nad Wisłą, umiemy patrzeć na codzienność tylko przez pryzmat dramatycznego kontrastu bieli i czerwieni. Coś między bielą poddania i czerwienią rewolucji. Tak, tak – weksykolodzy już grzmią, że nadinterpretuję i dorabiam domorosłą ideologię. Ale ja nie piszę pracy naukowej. Wolno mi.
Dlatego przyznam się, że ten trzeci – zielony – kolor węgierskiej flagi najbardziej lubię. Tej zieleni brakuje mi tu – w kraju. Zauważcie, że węgierskich flag jest nad Dunajem na co dzień tak jakby więcej, niż u nas polskich. Piszę na co dzień, bo oczywiście u nas wszystkim świętom (złośliwy może dodać „i Wszystkim Świętym”) też towarzyszy narodowa flaga ze swoją bielą i czerwienią. Jednak czy owijamy flagą krakowską suchą lub polędwicę sopocką? Mam wrażenie, że u nas narodowe kolory służą wyłącznie wzniosłym celom, tymczasem na Węgrzech po prostu są na co dzień. Nie tylko od święta.
Dlatego gdy widzę czerwień, biel i zieleń na salami lub gyulai kolbasz, to nabieram takiej symbolizowanej przez tę zieleń nadziei, że będzie dobrze. Czego wszystkim Węgrom życzę.

Andrássy út

Dzisiaj przeskoczymy przez Dunaj i rozejrzymy się po alei Andrássy’ego. Mam nadzieję, że będzie to zachęta do spaceru tą aleją przy najbliższej nadarzającej się okazji. Nadmienię, że Andrássy út wpisana jest na listę dziedzictwa światowego UNESCO.
Aleja Andrássy’ego łączy śródmieście Pesztu z placem Bohaterów, o którym innym razem.
Jak widać jest to szeroka aleja, która po obu stronach obsadzona jest okazałymi drzewami. Kolumna w perspektywie alei to fragment pomnika Tysiąclecia, stojącego na placu Bohaterów, po węgiersku: Hösök téren. Aby być dokładnym muszę napisać, że aleja nie jest na swym całym przebiegu tak szeroka i zielona.
Aleję wytyczono w drugiej połowie XIX wieku; orędownikiem jej utworzenia był premier węgierskiego rządu, później minister SZ Austro-Węgier Gyula Andrássy. Do zabudowy alei zostali zaangażowani najlepsi ówcześni węgierscy architekci, między innymi Miklós Ybl, który – jeśli dobrze poszperać w dziejach peszteńskiej architektury – jest pewnie autorem połowy śródmieścia (Belváros).
Większość zabudowy alei powstała w stylu eklektycznym, który swe przepiękne oblicze pokazuje nam już u początku alei.
Rustykalne boniowania, kunsztowne wsporniki balkonów, kolumny robią wrażenie i przyciągają wzrok, choć jak widać – głównie turysty.


Frontowe fasady wielkich kamienic pozwalają na swobodną pracę wyobraźni: jakże przestronne muszą być wnętrza mające tak imponujące balkony!

Na pierwszym odcinku alei (od alei Bajcsy-Zsilinskyego do placu Oktogon) natrafimy na szczytowe osiągnięcie w twórczości Miklósa Ybla – siedzibę Opery Narodowej. OperaházJuż ten niewielki fragment pokazuje urok tego gmachu: delikatne zdobienia gzymsów, ozdobne bariery, kolumny w elewacji frontowej. Rzeźby wieńczące balustradę drugiego piętra przedstawiają największych kompozytorów w dziejach opery. Druga od prawej strony (widać ją na zdjęciu) to wizerunek Stanisława Moniuszki. Na zdjęciu nie widać za to rzeźb muz, związanych z teatrem. Jedną z nich zasłania stylowa latarnia, umiejscowiona przed efektownym podjazdem do opery.Węgrzy nazywają ten gmach Operaház – Dom Opery. Już tylko ten podjazd mógłby, moim zdaniem, uzasadniać nazwę Opera palota – Pałac Opery.

Oddalając się aleją Andrássy’ego od Śródmieścia, około 200 metrów za operą napotkamy dwa zaciszne place po jej obu stronach: trochę zieleni, ławeczki i już dwa kroki w głąb tych placów spokojniej, można usiąść, podumać, poczytać.
Jókai MórPlac po lewej to Jókai Mór tér. Mór Jókai był wybitnym pisarzem, a przez długi czas swego życia – również posłem do parlamentu ck. monarchii.
Czy pod pomnikiem wielkiego pisarza wypada nie przeczytać choćby strony jakiejkolwiek książki?

Ady EndrePodobne pytanie można sobie postawić po drugiej stronie alei. Tam bowiem z cokołu do lektury zachęca Endre Ady, poeta przełomu XIX i XX wieku, któremu literatura węgierska zawdzięcza wiele, ale który dzisiaj, w dobie dość wyraźnie podnoszącego głowę węgierskiego nacjonalizmu, partii Jobbik i bojówek Magyar gárda, popularny pewnie nie jest.
Dla porządku podam, że plac ten nie nazywa się Ady Endre tér, a Liszt Ferenc tér. Zatem nie poeta, a muzyk i kompozytor jest tu gospodarzem. Ma to związek ze znajdującą się na drugim końcu placu Akademią Muzyczną jego imienia.

Z obu placów już tylko krok do Oktogonu czyli ośmiokątnego placu, znajdującego się na skrzyżowaniu alei Andrássy’ego z Wielkim Bulwarem, który na tym odcinku nazywa się Teréz körút. Na Oktogonie stoi charakterystyczny zegar.

Podobnie jak w innych krajach (Polsce) nazewnictwo ulic na Węgrzech zmieniało się wraz z historią. Ciekawych obserwacji w tym zakresie dostarcza lektura przewodników turystycznych sprzed kilkudziesięciu lat.
Aleja, której częścią przespacerowaliśmy się dzisiaj, pierwotnie nazywała się Sugár czyli Promień. Później nazwę zmieniono na odwołującą się do jej orędownika – Andrássy út, po drugiej wojnie światowej, a jakże – Sztálin út, a później – Népköztársaság út czyli Republiki Ludowej. W 1990 roku powróciła do obecnej nazwy.

Pierwowzór powyższego tekstu powstał kilka lat temu, jako część cyklu popularyzującego Budapeszt na innym, zupełnie nie tematycznym forum.

W piwnicznej izbie

Nie piję alkoholu.
- No, cóż biedny człowiek. Nie wie ile traci – powie ktoś, albo przynajmniej pomyśli .
- Jaki tam biedny, nie są mi potrzebne sztuczne wspomagacze nastroju. Jestem naturalny, cieszę się świadomie i dobrze mi z tym – odpowiem albo przynajmniej pomyślę. Zawsze tak odpowiadałem. Szczerze odpowiadałem. Słowo harcerza.

 

Ale coś mnie męczy, że to nie tak, że czegoś zazdroszczę tym którzy piją. Nie wszystkim. Nie zazdroszczę wujkom, szwagrom i pociotkom na polskim weselu w lokalu „Pod brzozami” (mój ulubiony cytat: „Noooo, z nami się nie napijesz!!!”). Nie zazdroszczę sąsiadom podjeżdżającym pod okoliczny sklepik z kontenerkami pustych butelek i wymieniających te puste na pełne z „Lechem”, „Tyskim’, czy modnym ostatnio „Kasztelanem”. Powiem od razu. Dla mnie w Polsce w ogóle może nie być alkoholu.

A na Węgrzech? A na Węgrzech są piwniczki. I to mnie męczy. Męczy z wielu powodów.
- Bo stojące tam beczki dają świadectwo naturalności powstającego tam wina. Bez sztucznych dodatków, które są zapewne dodawane do win stojących na sklepowych półkach, nie mówiąc już o przemysłowej proweniencji każdej butelki piwa.
- Bo te piwniczki same w sobie są prawdziwe, z wykutymi w skale półkami i stołami, z pleśnią na skalnych ścianach.
- Bo do piwniczki przychodzą ludzie, którzy chcą przy winie spędzić miło czas, a nie tylko się znieczulić. No chyba, że są to polscy turyści w Dolinie Pięknej Panny.
- Bo jest coś takiego w węgierskiej kulturze picia w przeciwieństwie do polskiej kultury (a może lepiej ”kultury”) picia, co nie odstręcza. Bardzo rzadko widziałem Węgrów pijanych, a chyba nigdy nie widziałem Węgra u którego po wypiciu budzi się agresja.

Widząc takie winne piwniczki, najczęściej u podnóża Gór Bukowych, bo w tamtym rejonie zazwyczaj mamy naszą „bazę”, zastanawiam się nad jedną sprawą. Co byłoby z tymi piwniczkami, gdyby znajdowały się one w Polsce. I myślę, że są tylko dwie ewentualności. Albo taka piwniczka byłaby zaopatrzona w dodatkowe kraty, sztaby, super-odporne kłódki, kto wie, być może także alarm i monitoring albo … już by jej nie było, bo ktoś by się włamał wynosząc pełne beczki lub przelewając ich zawartość do kanistrów.
Czy to zbyt pesymistyczna wizja? Nie sądzę, wiedząc co w Polsce pada łupem złodziei nie mam złudzeń, że wolno stojąca, czasem z dala od domów piwniczka wypełniona alkoholem, wcześniej lub później wpada w oko włamywaczom.

I dlatego tak wzdycham do węgierskich piwniczek, nawet wtedy gdy wszyscy inni piją wino, a ja smakuję i wdycham bukiet mojej ulubionej białej … Traubisody. Bo urok węgierskich piwniczek nie odnosi się tylko do zawartości kieliszka.

 

 

Regiony winne

 

Region Csongrád
Bliskość Cisy i Szegedu, atrakcje turystyczne, piękno naturalne tej okolicy przyciągają turystów w te strony. Najpiękniejsze miasto Południowej Równiny Węgierskiej – Szeged wabi gości licznymi programami kulturalnymi. Programy kulinarne, Festiwal Wina w znacznym stopniu pomagają w poznaniu i rozpowszechnianiu win tej prowincji.
Centrum regionu – Csongrád – położone jest u styku Cisy i Körös. Na szlaku wina gospodarze częstują gości czerwonym, owocowym winem, a także domowej roboty kiełbasą i serami. Park Historyczny w Opusztaszer prezentuje zainteresowanym tradycje ludowe. Natomiast Teatr pod Gołym Niebem w Szeged wabi gości przyjemną rozrywką w letnie wieczory.
Całkowita powierzchnia regionu – 14275 ha
Według ewidencji wspólnot winiarskich zwanych gminami winnymi – 1770 ha
Ilość miejscowości należących do regionu – 16
Tradycja uprawy winogron i produkcji wina liczy ponad 100 lat. Już przed najazdem turecki (XIV – XV w.) znano i transportowano wino. W tym czasie powstały charakterystyczne dla tego regionu kompozycje gatunków (Kövidinka, Kadarka, Ezerjó, Piros szlanka, itp.), które istnieją do dziś.
Dzięki warunkom klimatycznym, zwłaszcza ciepłocie i dużemu nasłonecznieniu region wyróżnia się od klimatu Wielkiej Równiny Węgierskiej. Wyraźnie ciepły region i nadzwyczaj bogaty w światło słoneczne jest uważany za urodzajny, ale jest ubogi w deszcze. Zimy są często srogie i bez pokrywy śnieżnej. Pagórkowate ukształtowanie terenu jest łagodnie pofalowane lub monotonnie płaskie. Ziemia nad Dunajem jest piaszczysto-wapienna o charakterze próchniczym lub czarnoziemu, natomiast w Dolinie Cisy gleby mają kwaśny odczyn.
Z tradycyjnych gatunków (np. Kövidinka) produkowane są tutaj wina stołowe o nieco subtelnym, świeżym smaku. Wyborne gatunki białych winogron (Chardonnay, Rajnai rizling, Olaszrizling, Zöld veltelini), jak również gatunki czerwonych (Kadarka, Cabernet franc i sauvignon, Kékfrankos) są odpowiednie do produkcji wina. Bardzo znane wina, o dźwięcznej nazwie to Csongrádi Kadarka (Kadarka z Csongrád) i Pusztamérgesi Olaszrizling (Olaszrizling z Pusztamérges).

Region Hajós-Baja

Region ten jest jedną z twierdz turystyki wina. Piwniczki w Hajós znane są od dawna. Wabią one nie tylko atrakcjami, ale i winami doskonałej jakości. Przyjeżdżają tu tysiące gości  nie tylko z Węgier, ale i z zagranicy. W regionie tym produkowane są wyborne wina pełne czerwone. W gastronomii są dopełnieniem kuchni niemieckiej i węgierskiej.

Związek Szlaku Winnego powstał w celu rozpowszechniania win z poszczególnych regionów, dla pokazania: naturalnego piękna tych regionów i cudownych przeżyć, które udzielają się gościom odwiedzającym te okolice. W czasie wędrówki szlakiem wina goście mogą zasmakować tradycyjnej wiejskiej gościnności, wziąć udział w krajowych zawodach jeździeckich. Mogą też zawitać do Baja, gdzie w „święto Halászlé” (święto Zupy Rybnej) w ponad 2000 kociołkach gotuje się arcydziało kuchni węgierskiej.

całkowita powierzchnia regionu 14873 ha

według ewidencji gmin winnych 1681 ha

ilość miejscowości należących do regionu 12

Kiedyś obszar ten stanowił część Winnego Regionu Wielkiej Równiny Węgierskiej. W 1990 roku zmienił nazwę na Hajós-Vaskúti. Obecną nazwę otrzymał w 1998 roku. Tradycja uprawy winorośli i produkcji wina liczy ponad 100 lat. Zniszczenia dokonane przez Turków w znaczący sposób zmniejszyły obszar winnic, następnie wraz z nastaniem niemieckojęzycznego osadnictwa nastała uprawa winogron z większym rozmachem. Drugi z kolei wielki rozkwit miał miejsce po pladze filoksery, podczas gdy trzeci nastąpił w latach 1961-65, kiedy to rozwinęła się uprawa winogron na wielką skalę.

Tutaj, podobnie jak na południu Równiny są cieplejsze lata, z dużą ilością słońca. Ilość rocznych opadów deszczu jest wystarczająca. W części równinnej tego regionu istnieje niebezpieczeństwo szkód wyrządzonych przez mróz  (zimą, wiosną, jesienią). Winogrona są uprawiana na lepszej jakości glebach piaszczystych (piasek zmieszany z lessem, piasek z próchnicą), ewentualnie na czarnoziemach. Urodzajne gatunki winorośli dające czerwone wino stanowi 40% upraw regionu. Spośród tradycyjnych gatunków obecnie uprawianych należy wymienić Kadarkę, Kövidinkę, Izsáki, Ezerjó dające białe wino. Spośród kolejnych 20 gatunków należy dodać tzw gatunki „międzynarodowe” („światowe”) (Chardonnay, Sauvignon, Cabernet franc i sauvignon, Merlot), gatunki dające wina wonne (Tramini, wino muskatułowe Ottonel muskotály, wino korzenne Cserszegi), wina cierpkie (Kunleány, Rajnai rizling – reński rizling) i gatunki tzw „hungaricum” (Olaszrizling – włoski rizling, Hárslevelű – z dodatkiem liści lipy).

Z tradycyjnych gatunków win produkuje się tutaj wina stołowe; z wybornych gatunków natomiast wina liczące się na rynku.